Nawiązując do piosenki Andrzeja Sikorowskiego, często zadajemy sobie to pytanie, przeważnie uzyskując odpowiedź; i nic, i nic …i nic, i nic. Pytania w stylu… i co było dalej?, czy…i co dalej będzie?, są w zasadzie pytaniami retorycznymi, na które często sami sobie odpowiadamy, w sposób jak najbardziej wygodny dla nas samych, albo niewygodny… jak kto woli.

Posłużę się takim przykładem:
W mieście A, które może być zarówno małym miasteczkiem, jak również wielką metropolią, żyje dwoje ludzi, pan Iksiński i pani Igrekowska. Różniące się od siebie nazwiska w zasadzie oznaczają, że nie są małżeństwem. Piszę w zasadzie, ponieważ czasami małżonkowie zostają przy swoich nazwiskach rodowych, ale ci obydwoje do takich nie należeli. Pracują w jednym zakładzie na różnych stanowiskach, ale takich, że ich charakter zmusza obydwoje do częstych kontaktów służbowych. Jeżeli te kontakty odbywają się w czasie normalnych godzin pracy, a za takie przyjmujemy ośmiogodzinny okres pomiędzy jej rozpoczęciem a zakończeniem, wszystko jest pod kontrolą. Jeżeli jednak obydwoje mają nielimitowany czas pracy i spotykają się służbowo poza wzorcowymi godzinami, części rodziny pracowniczej zaczyna gnieździć się w głowie pytanie: i co, i co? Kiedy pytanie wykluje się na dobre, następuje tzw. kojarzenie faktów. No tak, coś w tym musi być, przecież w pracy można wszystko załatwić, po cóż te wspólne wyjścia…zadajemy sobie pytanie i sami na nie odpowiadamy przy pomocy własnej wyobraźni. Gdy pytanie przybierze postać sporego pisklęcia, zaczynamy dzielić się swoimi spostrzeżeniami z innymi i o dziwo okazuje się, że ci inni mają je podobne. Ktoś ich widział w kawiarni, ktoś inny na leśnej polanie, a jeszcze inny wypatrzył ich jak przemykali się do hoteliku na godziny.
W momencie, gdy na korytarzu zbierze się kilkoro (wystarczy dwoje) ludzi i szeptem wymieniają jakieś uwagi, pozostałym koleżankom i kolegom uszy zamieniają się w anteny satelitarne i natychmiast wyłapują te sygnały, które dotyczą serialu tak chętnie oglądanego przez wszystkich. Na tym etapie tworzy się modyfikacja pytania z … i co?, na … i co dalej? Nic dziwnego, ponieważ każdy lubi pisać dalszy ciąg melodramatu, którym jest życie innych. Własne życie nie jest tak interesujące.
Na obecną chwilę nie wiem co będzie w następnym odcinku i prawdę powiedziawszy mało mnie to interesuje. Podobnie jak to, czy jest to prawda czy fałsz. Nie moja piaskownica i nie moje zabawki, więc ich nie będę zabierał.

Trzydzieści lat temu, pracowałem w pewnej firmie, wtedy jeszcze państwowej. Były to lata przemian w Polsce i szybkiego „wzrostu” wynagrodzeń. Co miesiąc zarabialiśmy więcej i więcej i nawet nie spostrzegliśmy się, kiedy wynagrodzenia liczone były w milionach, a sami staliśmy się milionerami. I w związku z tymi milionerami, chciałbym przejść do tematu, który z tym pojęciem ma trochę wspólnego. Czas przemian to jednocześnie okres w którym telewizja karmiła nas filmami kupowanymi na zasadzie: Kupicie „Przeminęło z wiatrem”, jeżeli weźmiecie na dokładkę kontener innych wyciskaczy łez. Braliśmy jak leci. I filmy i książki. Wtedy półki kiosków Ruchu uginały się pod książkami wydawnictwa Harlequin, czyli romansów przeznaczonych dla kobiet, w każdym bądź razie, to wydawnictwo powstało z myślą o paniach, które marzą o innym, lepszym świecie.

Do czego zmierzam?
Zmierzam do tego, jak duży wpływ na nasze życie ma to czego słuchamy, co czytamy i oglądamy, ale przede wszystkim w jaki sposób odbieramy to co inni chcą nam przekazać.
Załoga w której pracowałem, była mniej więcej w jednym wieku. Mieściliśmy się w przedziale 25 – 40, tak więc całe życie jeszcze było przed nami. Jedna z koleżanek „pochłaniała” wręcz małe książeczki ze znakiem Harlequina i dzieliła się z innymi koleżankami swoimi spostrzeżeniami na temat swojego życia i życia bohaterek przeczytanych romansów. Miała męża i dwie córeczki. Córeczki były w porządku, ale mąż był do doopy. Mało zaradny, ambicji zero, nie potrafił odpowiednio zadbać o rodzinę, miał wredną matkę i w dodatku nie miał bujnej czupryny. A ona zasługuje przecież na lepsze życie, na mężczyznę, który ją będzie ciągle adorował, zapraszał na kolację przy świecach, woził dobrym samochodem i nie skąpił na prezenty. No i znalazła takiego, wypisz wymaluj bohater książeczek z literką H na okładce. Chłopak pracował jako kierowca w naszej firmie. Zabierał ją na przejażdżki swoim Starem, zapraszał do spółdzielczego mieszkania, które wykańczał by wprowadzić się do niego ze swoją rodziną. Spotykali się przy świecach, ponieważ licznik jeszcze nie był założony. A to, że był jeszcze bardziej łysy od męża wcale koleżance nie przeszkadzało. Jednym słowem nie wszystko złoto co się świeci.
Co było dalej? Nie wiem…zmieniłem zakład pracy i przestałem być na bieżąco. Po kilku latach spotkałem tego kolegę w autobusie komunikacji miejskiej. Nie śmiałem się zapytać o dalszy ciąg ich historii, a zresztą nie bardzo mnie to interesowało.

Zadawanie pytań w stylu; i co?… a dlaczego? wynieśliśmy z naszego dzieciństwa, a później dzieciństwa naszych milusińskich. Każde z nas przeżyło gehennę odpowiadania po raz 253 na to samo pytanie, zadawane przez jego pociechy. Widocznie po latach dochodzimy do wniosku, że w końcu przyszedł czas na to by samemu je zadawać. Tylko nam często na nie odpowiada echo…wzruszeniem ramion.

– Hary
couple-564232_960_720