Żywot człowieka niepoczciwego

Rozdział III ( fragment )

Znali się od zawsze, a właściwie … od czasu szkoły podstawowej. Była o rok młodsza od niego i od swojej siostry Bożenki, z którą chodził do jednej klasy. Nie zwracał na nią uwagi, tak jak nie zwracał w ogóle uwagi na dziewczęta. W jego wieku chłopcy traktowali dziewczyny jako dopust boży i tak jak oni uważał, że są tylko po to, by chichotać po kątach i skarżyć do Pani na kogo się tylko da. Pomimo to doskonale wiedział, które są ładne, które w miarę niebrzydkie, a na których nie warto było oka zawiesić. Bożenka zaliczała się do pierwszej grupy. Szczupła blondyneczka z długimi włosami upiętymi w dwa warkocze, zakończone fantazyjnymi kokardkami, o niebieskich oczach i małej bliźnie na brodzie. Blizna była efektem zabawy w ganianego na szkolnym korytarzu, podczas przerwy pomiędzy lekcjami. Bożenka biegła, ktoś jej podstawił nogę i broda rozcięta. Kilka dni chodziła z opatrunkiem na zszytej brodzie, i do tej pory jeżeli się przyjrzeć dokładnie, można zauważyć małą bliznę, która nie szpeci a wręcz przeciwnie dodaje jej uroku. Dopiero będąc w szóstej klasie, stwierdził, że dziewczyny wcale nie są takie złe i można z nimi nie tylko o kwiatkach porozmawiać. Będąc w siódmej zauważył, że Bożenka nabrała wyraźnie kobiecych kształtów i nie nosi już warkoczyków a jej jasne włosy, przycięte do ramion, lśnią w słońcu. Wpatrywał się w nią jak wół na malowane wrota i milczał. Milczał nawet wtedy kiedy ją odprowadzał po lekcjach do domu. Nie bardzo wiedział co takiemu bóstwu można powiedzieć. Śmiała się z niego jej siostra Blanka, kiedy przyszedł odwiedzić Bożenkę gdy ta zachorowała. Zły był na tego piegowatego rudzielca i najchętniej by go udusił. Dopiero po latach dowiedział się, że jego uczucie było odwzajemnione, tylko dwie sieroty nie bardzo wiedziały co z tym fantem zrobić. I do końca nic nie zrobiły. On dostał się do Technikum, Bożenka do Liceum. On musiał dojeżdżać do szkoły na drugi koniec Lublina, ona miała Liceum 500 metrów od domu. Któregoś dnia zobaczył ją z okna autobusu i serce mocniej mu zabiło. Pierwsza miłość nie rdzewieje, pomyślał i wspomnienia wróciły jakby wszystko wydarzyło się wczoraj.

Pierwsza klasa Technikum Łączności, do którego złożył dokumenty, była dla niego niezłą próbą ognia. Poziom nauczania w Szkole Podstawowej, do której uczęszczał był niski i pomimo bardzo dobrych ocen na jej zakończenie, w Technikum miał problemy z matematyką, fizyką i chemią. Dopiero kilka dodatkowych lekcji, w miarę wyrównało jego wiedzę o przedmiotach ścisłych i problem z nimi przestał istnieć.

Szkoła była w zasadzie męska. W zasadzie, ponieważ tylko jedna klasa o profilu radiowo-telewizyjnym była koedukacyjna. W jej skład wchodziło kilka dziewcząt, które były ozdobą typowo jak na te czasy męskiej szkoły. Pięć klas pierwszych; dwie teletransmisyjne, elektroniczna, radiowo-telewizyjna i jego o specjalności telekomutacja. Każda po 4o uczniów, nic dziwnego, że od następnego roku dyrekcja postanowiła utworzyć dodatkową klasę dającą tytuł technika automatyki przemysłowej. Zrobiło się luźniej. Z każdej klasy chętni zasilili nową klasę i w ich klasie zostało ich tylko 34 chłopa.
We czterech utworzyli grupę wsparcia. To wsparcie polegało na udostępnianiu prac domowych do wzajemnego powielania. On, Jurek, Marek i Waldek. Silna grupa pod wezwaniem. On pisał wypracowania, Marek jako ścisły umysł rozwiązywał zadania matematyczno-fizyczne a Waldek przepisywał wszystko jak leci. Siedział z Jurkiem w pierwszej ławce, przy samej katedrze i wszelkie prace klasowe pisali wspólnie, wspierając się swoją wiedzą. Wiadomo, pod latarnią najciemniej. W klasie trzeciej rozpoczęli współpracę na polu towarzyskim od uczczenia święta 1-go Maja udziałem w pochodzie, by zgodnie zakończyć go na werandzie jego domu, świętując 18 – te urodziny gospodarza. Zakończenia imprezy nie pamiętał, widocznie zakąski mu zaszkodziły. Koledzy organizowali wieczorki taneczno – literackie, przy czym książka musiała mieć objętość co najmniej 0,5 l oraz posiadać 40 % treści. Dobrze widziana była poezja 96%. W kwietniu 1972 roku zaprosił go na swoje imieniny Jurek, oczywiście z osobą towarzyszącą. I tutaj zaczęły się schody. Spotykał się wcześniej z dziewczyną z podlubelskiego Mętowa, ale nic z tego nie wyszło i wyraźnie brakowało mu osoby towarzyszącej. Dosyć szczególny przypadek rozwiązał jego problem. A może tak właśnie miało być, może ktoś to wszystko sobie zaplanował ?
Pewnego dnia poszedł na przystanek autobusowy, aby dostać się do centrum miasta. Na przystanku spotkał Bożenkę. Jechała do swoich dziadków zawieźć im obiad. Nie rozmawiali ze sobą trzy lata i trzy lata ich drogi ani razu się nie skrzyżowały, chociaż mieszkali od siebie dwie ulice dalej. Śpieszyła się a właśnie jej trolejbus nadjechał, ale zaprosiła go by ją odwiedził. Umówili się na następny dzień. Zastanawiał się tylko, czy zechce pójść z nim na prywatkę do Jurka.

Drzwi otworzyła Blanka. Stał naprzeciwko ładnej dziewczyny, która mało przypominała piegowatego rudzielca z warkoczykami, jakiego pamiętał.
– Cześć…wchodzisz, czy będziesz tak stał ? – spytała filuternie
– Cześć…wchodzę, jeżeli można – odpowiedział niepewnie, trochę zaskoczony jej widokiem.
W drzwiach dużego pokoju, przywitała go mama dziewcząt. Wymienili kilka słów, a w zasadzie on odpowiadał na zadawane pytania; Co u ciebie słychać? Dawno cię nie widziałam. Jak się czuje twoja mama?. Obydwie panie znały się dobrze ze szkolnych wywiadówek, na których z reguły siedziały w jednej ławce.
Odpowiadał zdawkowo, czuł się trochę zakłopotany, przecież przyszedł porozmawiać z Bożenką a nie z jej mamą.
Wszedł do pokoju dziewcząt. Na krześle przy biurku siedział chłopak. Znajoma twarz, chodził do tej samej szkoły co cała trójka, ale osobiście go nie znał.
– Poznajcie się, jeżeli się nie znacie … powiedziała Blanka. Podali sobie ręce wymieniając imiona. Andrzej chodził z Blanką do jednej klasy a teraz uczy się w tym samym liceum co Bożena, tylko oczywiście o klasę niżej. Nie bardzo wiedział do której z nich Andrzej przyszedł i w związku z tym dłuższą chwilę trwało zanim zaczęli rozmawiać normalnie. Blanka podtrzymywała całą rozmowę, nie ukrywając, że bardzo ją bawi cała sytuacja. Po jakimś czasie Andrzej wyszedł i dopiero wtedy wróciła mu pewność siebie. Wiedział już, że tamten jest chłopakiem Bożeny, więc z zaproszenia na prywatkę do Jurka najprawdopodobniej nic nie wyjdzie. I znowu Blanka uratowała sytuację. Zaczęła go kokietować i sprowokowała go do zaproszenia ją na randkę. Wtedy spytał się, czy zechciałaby z nim pójść do kolegi na imieniny … chętnie – odpowiedziała. Umówili się, że przyjdzie po nią w sobotę o 18.

Był 20 kwiecień 1972 roku. Dzień w którym miał już dziewczynę, chociaż jeszcze o tym nie wiedział. Dziewczynę, która związała z nim swój los aż do swojej śmierci. Cztery kolejne prywatkowe soboty należały do nich. Później spotykali się raz w tygodniu. Chodzili na spacery, głównie po okolicznych uliczkach, które już znali na pamięć. Czasem wychodzili do kina, przeważnie w niedziele. W niedziele również spotykali się w kościele na mszy dla młodzieży. Specjalnie dla niej zaczął chodzić do kościoła. Nie był fanatycznym wyznawcą katolicyzmu, chociaż wychował się w tej religii. W Boga wierzył, ale nie wierzył w księży. Nie wierzył również Świadkom Jehowy, a znał ich dobrze, ponieważ jego ojciec kilka lat temu przyłączył się do nich i z gorliwego katolika stał się gorliwym świadkiem. Po mszy krótki spacer we czwórkę, razem z Bożeną i Andrzejem. Dziewczęta były krótko trzymane przez ich mamę. Randki góra dwugodzinne, chyba że wychodziły do kina, to wtedy trochę dłużej. Do ich domu przychodził dopiero wtedy, kiedy Blania zachorowała, albo mieli wyjść gdzieś na dłużej. Dopiero po wakacjach, kiedy obydwoje zaczęli przygotowywać się do matury, pod pretekstem wspólnej nauki mogli widzieć się częściej. Pomagał jej poznać zawiłości matematyki, co przychodziło mu zresztą dość opornie. Po pierwsze, dla młodych ludzi było inne o wiele atrakcyjniejsze zajęcie niż liczenie sinusów i cosinusów, a po drugie Blania miała humanistyczny umysł i dla niej funkcje trygonometryczne były czarną magią. Czasami chodzili na wspólne wagary. Wędrowali wtedy trzymając się za ręce po Ogrodzie Saskim i rozgarniali nogami żółto – czerwone dywany liści. Do tej pory ma przed oczami widok zasypanego kolorowym kobiercem parku, po nocnym, silnym przymrozku.

Zbliżająca się matura, to wiadomo… studniówka. A czekały ich dwie, najpierw była u Blanki, gdzie jej liceum wynajęło salę gimnastyczną od zaprzyjaźnionej szkoły podstawowej. W sali odbywała się zabawa, natomiast konsumpcja na korytarzu. Jeden długi stół zestawiony z pojedynczych stolików zapewniał wspólne ucztowanie uczestników zabawy. Menu jakie zaserwowano młodzieży było łatwe do zapamiętania, tym bardziej, że bigos z serdelową na gorąco zaszkodził jego partnerce. Dobrze, że jego przyszły teść miał ukrytą w szatni odtrutkę, więc wszystko skończyło się na strachu.
W jego technikum, każda klasa maturalna wykonała we własnym zakresie na szkolnym korytarzu oddzielny boks, fantazyjnie ozdobiony satyrycznymi rysunkami przedstawiającymi życie szkoły. Oczywiście nie zabrakło karykatur ciała pedagogicznego, w tym ulubionych profesorek; jego polonistki i Jurka nauczycielki od historii. W tamtych czasach wyszynk był niedozwolony i prawie wszyscy bawili się na trzeźwo. Byli oczywiście zwolennicy wody rozmownej, ale musieli ją przyjmować szybko, bez degustacji, w oszałamiających zapachach szkolnego WC. Klasa Vk i zaproszone przez nią dziewczęta bawili się bardzo dobrze bez udziału trunków, co nie przeszkodziło na następny dzień zorganizować studniówkowe poprawiny w ściślejszym gronie przyjaciół, gdzie wyszynk był obowiązkowy.
Egzaminy maturalne minęły bez większych przeszkód, co prawda przez własny upór język polski zdał na tróję. Egzamin pisemny oceniono na piątkę, ale na ustnym dyrektor szkoły będący w komisji kazał mu powiedzieć modlitwę Pańską. Dyrektor znany był ze swoich poglądów, ostatecznie był sekretarzem POP w Zespole Szkół. Zaparł się i pomimo gestów ze strony polonistki, nie powiedział. Obniżono mu za to ocenę do trójki.

Bożenka rok wcześniej zdawała na Polonistykę, ale zabrakło jej kilka punktów, żeby znaleźć się na liście przyjętych. Poszła do pracy i przygotowywała się do egzaminu w następnym roku, w tym w którym on i Blania kończyli naukę na poziomie średnim. Namawiała jego i swoją siostrę żeby również składali dokumenty na lubelski UMCS i nawet je pobrali, ale w końcu zdecydowali, że pójdą najpierw do pracy a o studiach pomyślą później. Bożena i Andrzej dostali się na Pedagogikę a oni po krótkich, miesięcznych wakacjach poszli do pracy.
2 lipca 1973 roku Blania po raz pierwszy jako pracownica, otworzyła drzwi Urzędu Pocztowego Lublin 10 a on wszedł do pomieszczeń Centrali Telegraficznej Okręgowego Urzędu Telekomunikacji Międzymiastowej, gdzie po trzymiesięcznym stażu został konserwatorem urządzeń teletechnicznych z wynagrodzeniem 1650 zł. miesięcznie. Poczta i Telekomunikacja były wówczas najgorzej opłacanymi zakładami pracy w Polsce. Ale dla nich to były własne, samemu zarobione pieniądze. Czuł się jak bogacz przez dwa tygodnie, drugie dwa już takie wesołe nie były, czuć je było malizną. Podobała mu się jego praca. Na salach było czysto i schludnie. Urządzenia zamontowane na stojakach, na parapetach kwiaty, akwarium z rybkami a przy drzwiach wejściowych olbrzymia palma. Praca w białym fartuchu i ciapach. Kurz dla urządzeń mocno niewskazany, więc odkurzacz miał zajęcie non stop. Nocne burze tylko dokuczały mocno, ponieważ z każdym wyładowaniem atmosferycznym odzywały się wszystkie wybieraki naraz, kiedy powstałe przepięcia zmuszały je wszystkie do startu powodując przy tym alarm na centrali.

Na początku kwietnia 1974 roku Urząd wysłał go na szkolenie konserwatorów central telegraficznych do Gdańska. Kurs trwał sześć tygodni i odbywał się w budynku Poczty Gdańskiej, tej samej co tak dzielnie się broniła przed atakiem wojsk hitlerowskich w 1939 roku. Z Lublina pojechało dwóch kursantów; on i Staszek. Obydwaj wspólnie pełnili dyżury. On na Centrali, Staszek na Wielokrotnej. Wielokrotna było to takie miejsce, gdzie sygnały z linii przekształcane były na różne częstotliwości i wychodziły w świat. W ten sposób na jednym kablu mogły być przesyłane dziesiątki różnych połączeń. Na kursie uczono ich tego co już wiedzieli, więc nic dziwnego, że zajmowali się chętniej czym innym niż nauką. Tym bardziej, że w ich dziedzinie pracowały również kobiety. Mało tego, jednocześnie z ich szkoleniem odbywało się szkolenie telegrafistek, czyli pań obsługujących dalekopisy. W związku z tym stosunek wszystkich kursantek do kursantów wynosił około 3:1. Nudno w każdym bądź razie nie było.

Przez sześć tygodni poznał Trójmiasto dokładnie. Wszystkie uliczki Starego Miasta przeszedł kilkadziesiąt razy. Wiedział, gdzie jest jaki sklep, która kawiarnia jest dobra, a która taka sobie. Molo w Sopocie odwiedzał o każdej porze dnia i nocy. W Gdyni mieli zajęcia praktyczne, więc również poznał ją jak swoją własną kieszeń. Na Stogach zbierał bursztyny, włóczył się po miejscach, gdzie trzy i pół roku wcześniej wybuchły protesty robotników, zwane wydarzeniami Grudnia 70. Budynek Komitetu Wojewódzkiego nosił jeszcze ślady płomieni jakie go ogarnęły w tamtym czasie, podobnie jak budynek Dworca Głównego PKP.

Pisał do Blani często. Kartki wysyłał codziennie, pilnując aby żadna się nie powtórzyła. W listach opisywał gdzie był i co widział. Streszczał jej każdy dzień i tęsknił. Brakowało mu jej szczebiotu i śmiechu. Chciał trzymać ją za rękę i iść wzdłuż Zatoki przed siebie, by sprawdzić co jest za zakrętem. Pochylać się i zbierać żółte okruchy, które morze wyrzuciło na brzeg podczas sztormu. Pragnął z nią być tu i teraz…i był. Teraz w myślach, a za dwa lata w rzeczywistości. Spędzą dwa tygodnie na wczasach, mieszkając na gdańskich Stogach.
W jednym z listów, które dostał od Blani, na kilka dni przed powrotem do Lublina napisała, że tęskni, że nie może się doczekać jego przyjazdu i że chce z nim być. Więcej mu do szczęścia nie było potrzeba. Przyjechał do Lublina w niedzielę. Pociąg wlókł się siedemnaście godzin odwiedzając po drodze mazurskie kurorty. Włóczęga Północy, tak go wszyscy nazywali jechał z Lublina do Gdańska zahaczając o Olsztyn i Giżycko. Zatrzymywał się na każdej stacji i odstraszał długością podróży jadących na nadmorski wypoczynek. Woleli jechać z przesiadką w Warszawie ale oszczędzając przy tym połowę czasu. Nie wyobrażał sobie zresztą siedemnastogodzinnej jazdy na stojąco. Teraz jechał w drugą stronę a mimo to czas podróży się nie zmienił. Podjechał taksówką pod dom. Kiedy wysiadł z niej zobaczył Blanię, jak szła z Bożeną i Andrzejem. Wracając z kościoła zrobili jak zwykle kółeczko po uliczkach. Przywitali się i umówili na popołudniowe spotkanie. W domu wziął kąpiel i położył się do łóżka. Nawet nie wiedział kiedy zasnął. O piętnastej obudziła go matka na obiad. Zjadł szybko, zdawkowo odpowiadając na jej pytania, ubrał się i wyszedł z domu. Była połowa maja i wiosenne powietrze nasycone zapachem kwitnącego bzu w ogrodzie oszołomiło go. Zerwał spory bukiet kolorowych gałązek i poszedł na spotkanie z kobietą swojego życia.

– Hary

footprint-in-the-sand-1278354_960_720

One thought on “Żywot człowieka niepoczciwego

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>