Rozmowy o duszy…

Możemy jeszcze porozmawiać o przejściu na drugą stronę?

Masz na myśli umieranie?

Tak…a właściwie to co się z nami dzieje zaraz po śmierci

Co masz na myśli?

To, o czym mi opowiedziałaś…o odejściu Basieńki. Naprawdę uważasz, że twoja matka zachowywała się tak jakby nie chciała przejść na drugą stronę? …tak jakby ją tutaj coś trzymało?…co takiego mogłoby ją trzymać?

Tego nie wiem…ale zdarzały się już takie przypadki, że nawet po śmierci dusza zawiesza się pomiędzy dwoma światami…tym i tamtym. Próbuje dostać się na drugą stronę… i nie może, próbuje zatem powrócić na tą… ale tutaj już dla niej miejsca nie ma. Do swojego ciała nie może wrócić, więc szuka kontaktu z innym…ale to nie jest kontakt dosłowny…jej dusza jest wyczerpana i potrzebuje energii, a tą energię może jej dać tylko inna dusza. Próbuje więc zdobyć tą energię.

No wiesz kochanie, teraz to raczej opowiadasz jakiś film science fiction , a nie to, co się dzieje w realnym świecie. Gdyby tak było, mielibyśmy pewnie zatrzęsienie zbłąkanych dusz. Każdy z nas ma coś na sumieniu, ale za to będzie sądzony na Sądzie Ostatecznym, więc czas na poprawę mija w momencie naszej śmierci.

Tak, to prawda…ale to nie dotyczy wszystkich.

Brzmi to logicznie, ale na podstawie czego tak sądzisz?

Na podstawie mojej Basieńki. Całe życie robiła to co chciała. Mówiłam ci wcześniej, że żyła według własnych praw i zasad. Czasem była taką matką, że nie powinno się takiej życzyć nikomu, a czasem przybierała ludzką postać, chociaż nigdy chyba nie znała pojęcia matczynej czułości…w każdym razie, ja się z nią nigdy nie spotkałam. Była po prostu nieprzewidywalna.

Nie ona jedna…sam mógłbym ci wskazać co najmniej takie trzy, które znam.

Czekaj, daj mi dokończyć… chcę ci tylko powiedzieć, że nie była ideałem w moich oczach, ale była moją matką i chociaż często z nią się nie zgadzałam szanowałam jej wolę, chociaż nie było mi z nią po drodze. Ale nie o tym chciałam ci powiedzieć, bo ją widziałeś i trochę poznałeś. Kiedy po raz pierwszy ją zobaczyłeś, sam mi powiedziałeś, że to nie twoje klimaty…prawda?

Prawda… ale za drugim razem było już lepiej…

Basieńka umarła rano…zadusiła się. Wcześniej cierpiała bardzo. Wyciągała ręce do góry z takim gestem, jakby chciała kogoś od siebie odepchnąć, tak jakby przychodził po nią ktoś kogo nie chciała… a może w ogóle nie chciała odchodzić…tego nie wiem. Kiedy odeszła… zapadła cisza.

Tak???

Tak, kompletna cisza…przestała walczyć ciałem, ale sądzę, że nie dała za wygraną Przyszła do mnie w nocy…jestem o tym przekonana. Jeszcze było ciemno, więc mogła być trzecia albo czwarta… przebudził mnie brak powietrza…dusiłam się…czułam jakbym miała usta pełne wody, a jednocześnie miałam suche gardło. Nie mogłam oddychać…zerwałam się na równe nogi i wpadłam w panikę…resztkami sił doszłam do łazienki i wtedy coś w gardle mi się odblokowało…myślę, że Basieńka chciała mi pokazać w jaki sposób umarła…albo chciała wejść we mnie…tzn. w moją energię.

Hmmm… ale to wcale nie znaczy…że ona miała z tym coś wspólnego… różne są przyczyny nagłego braku powietrza we śnie…można się np. własną śliną zakrztusić.

Zakrztuszenie to co innego…wtedy to czym się zakrztusisz poleci ci do tchawicy i tam czujesz przeszkodę. Ja nie mogłam złapać powietrza ani ustami ani nosem…dopiero kiedy pomyślałam, że to już koniec, nos mi się odblokował. Bałam już się położyć do łóżka…drzemałam na siedząco.

Jesteś medium, czy co?… nie będę z tobą polemizował, bo na ten temat jestem zielony jak szczypiorek…wiem jedno…z kontaktem z duchami miałem tylko coś wspólnego podczas oglądania filmu Uwierz w ducha…i tyle.

Ja lewitowałam kiedyś pod sufitem sali operacyjnej i widziałam siebie na stole…tego nie zmyślam.

Tak wiem…opowiadałaś mi o tym…kto wie, może to ty masz rację…kto wie?…

– Hary

angel-2422342_960_720

Tatuaż z numerem 269…

Tatuaże są znane już od zamierzchłych czasów. Nawet w czasach biblijnych je zapewne wykonywano, ponieważ jest napisane w Świętej Księdze, żeby nie tatuować swojego ciała. Tatuowano się dla różnych celów, dla podkreślenia tego, że jest się dzielnym wojownikiem, że pochodzi się ze znaczącego rodu, że należy się do ważnej organizacji, czy w końcu jest się członkiem organizacji przestępczej.

Ostatnio tatuaże stały się bardzo modne. Wykonuje się je dla ozdoby własnego ciała. Delikatne różyczki, łańcuszki czy serduszka wytatuowane na ramieniu czy nodze są elementem ozdoby, niczym biżuteria. Bywają również bardziej skomplikowane, niektóre z nich wręcz są dziełami sztuki i pokrywają znaczną część ludzkiej skóry.

Nie chciałbym dłużej się nad nimi rozwodzić. Chciałbym wspomnieć tylko o jednym charakterystycznym symbolu, który coraz częściej zaczyna pojawiać się na ramionach, piersiach czy szyjach. Jest to wytatuowana liczba 269. Co ona oznacza? Jest symbolem walki o życie i prawa zwierząt. Chociaż związana jest z izraelskim cielakiem o takim właśnie numerze, którego uratowano przed śmiercią zadaną rzeźnickim nożem, dotyczy ona wszystkich zwierząt, którym człowiek zadaje ból i cierpienie. Akcję czynnego protestu zapoczątkowali aktywiści ruchu ochrony naszych mniejszych braci, oraz weganie w 2012 roku, poprzez wypalanie sobie na skórze właśnie liczby 269.

Czy taka akcja przynosi skutek?…wątpię. Większość ludzi jest mięsożerna i nie zrezygnuje ze schabowego lub krwistego steku na rzecz jakiejś marchewkowej pulpy. Większość nas kupując w sklepie wieprzowe żeberka czy kawałek rostbefu, nie myśli w jaki sposób ten kawałek mięsa znalazł się na sklepowej półce, tylko zastanawia się czy nie jest on aby za tłusty, albo za chudy. Czy przemysłowy ubój zwierząt jest mniej humanitarny od tradycyjnego uboju jaki był i zapewne jest przeprowadzany w gospodarstwach? Nie wydaje mi się. Sam osobiście brałem udział w świniobiciu kilkakrotnie i chociaż jestem typowym mieszczuchem, wiem o tym, że aby zjeść mięso, trzeba to mięso najpierw ubić.

Inną kwestią jest to, że produkujemy mięso na zapas. Zabijamy świnki, krówki czy owieczki w większej ilości niż nam potrzeba. Przerabiamy je na wędliny również na zapas, ponieważ ludzie muszą mieć pracę, a właściciele zakładów mięsnych zysk. I na tym etapie można się zastanowić czy tak musi być.
Dlaczego weganie jedzą parówki sojowe, kotlety sojowe czy sojowe pasztety? Dlaczego flaczki przez nich spożywane muszą być flaczkami a gulasz, gulaszem? Nawet smalczykiem wegańskim możemy sobie chlebek posmarować. Ponieważ sama nazwa kojarzy nam się z apetycznym schabowym, a sposób przyrządzenia sprawia, że smak jest również podobny do smaku świninki. Miseczka zielonej brei nie zawsze wygląda apetycznie i zachęcająco, natomiast chrupiąca panierka już tak.

O zwierzęta powinniśmy dbać i starać się sprawiać im jak najmniej cierpienia. Takie akcje jak ta oznaczona liczbą 269 przypominają nam o tym, ale do czasu niedzielnego obiadu, zgodnie z powiedzeniem: Indyk myślał o niedzieli, a w sobotę łeb ucięli. My mieszkańcy krajów położonych na północ od słonecznej Italii jadamy więcej produktów, które dają nam energię, czyli mięsa i jego przetworów. Południowcy natomiast spożywają większe ilości sałat, pomidorów i innych warzyw. Pocieszające jest to, że naszym podniebieniom smaki kuchni śródziemnomorskiej przypadły do gustu i w związku z tym zapotrzebowanie na mięso i u nas zmalało, a to spowodowało zmniejszenie ilości odprowadzanych do rzeźnika zwierząt. Ale czy takie akcje mają głębszy sens? Mają, ale tylko w pierwszych dniach ich powstania. Po pewnym czasie wszystko wraca do „normy” i zostaje tylko tatuaż na ramieniu. Tatuaż z numerem 269…

– Hary
gu0ktkqTURBXy9kYjg2YmJlZDE0YTYxMjM5MDM4NWI1NjJiNWI0YzJhNC5qcGVnkZMCzQMmAA

Rozmowy o umieraniu…

Jak to jest umierać?

Nie wiem…nie umierałem nigdy. Co najwyżej mogę to sobie wyobrazić…

To jak sobie to wyobrażasz?…Przecież pochowałeś matkę i żonę.

Mama zmarła w szpitalu. Wieczorem pogotowie zabrało ją do szpitala…straciła przytomność. Rano już nie żyła. Nie byłem przy jej śmierci.

A żona?

Żona umarła w zasadzie…tam na jezdni. W szpitalu żyła za nią aparatura. Umierała cicho i spokojnie wśród szumu respiratora. Mózg już nie żył, serce za to żyć chciało, ale kiedy odłączono wszystkie kabelki i rurki, przestało bić. Nie znam krzyku umierającego, jego cierpienia i bólu

Ja znam…

Wiem…Carmen umarła ci na rękach. Wcześniej słyszałem jej chrapliwy oddech w słuchawce telefonu. Przyśniła ci się godzina jej śmierci i o tej umarła.

Tak, to prawda…Kiedy wydała ostatnie tchnienie spojrzałam na zegar na ścianie. Była równo trzecia nad ranem. I taka godzina była we śnie. Carmen była pierwszą moją podopieczną, która przy mnie zmarła.

Jak to jest kiedy umiera ci ktoś na rękach?

Dziwnie…W jednej chwili ktoś fizycznie obecny, staje się czymś co nawet trudno opisać. Zwykłą martwą powłoką, bez czucia, bez oddechu. Zapada taka cisza, że aż w uszach dźwięczy. Carmen długo cierpiała. Ta śmierć była dla niej wybawieniem.

Czy śmierć może być wybawieniem?

Moim zdaniem tak. Jest końcem drogi którą idziemy przez życie. Życie pełne szczęścia i radości, ale pełne również smutku, cierpienia i bólu. Tym co do końca zaznają tych pierwszych, pewnie żal odchodzić, ale dla tych drugich odejście jest wybawieniem od wszelkiego cierpienia. Po drugiej stronie nie czują już bólu. A ty wierzysz w drugą stronę?

Wierzę chociaż nie wiem jak tam jest. Nie wiem jak wygląda siódme niebo, ani piąte, a tym bardziej pierwsze, ale wierzę w to, że któreś musi być, bo gdyby go nie było nie byłoby sensu rodzić się i umierać. A twoja Basieńka?

Co moja Basieńka?

No jak to było z jej odejściem?

Mama żyła tak jak chciała, ale widocznie jeżeli idzie się przez życie według własnych zasad, praw i przykazań samo odejście nie jest po naszej myśli. Ona tak żyła i bardzo cierpiała przed śmiercią.

Czyli uważasz, że każdy umiera w taki sposób na jaki sobie zasłużył?

Tego nie wiem, ale często o tym myślę. Szczególnie w takich chwilach jak ta.

Większość z nas nie boi się śmierci. Boi się tego w jaki sposób śmierć do niego zapuka. Boi się bólu i cierpienia związanego z przejściem na drugą stronę. To fakt, że medycyna poszła tak do przodu, że każdy ból można zminimalizować, ale nie aż do tego stopnia żeby nic nie czuć. A na samą śmierć lekarstwa jeszcze nie wynaleziono.

A eutanazja?

Eutanazja nie jest lekarstwem, jest wejściem poza kolejką, tam gdzie ta kolejka obowiązuje. W niektórych krajach została zalegalizowana, ale ma bardzo dużo przeciwników. Sam nie wiem co o niej myśleć. Z jednej strony skraca cierpienie a z drugiej jest przecież napisane: Nie zabijaj…nawet siebie. Ale patrząc na zabijanie z innej strony, przyzwalamy na nie poprzez różnego rodzaju wojny i konflikty. Często z błogosławieństwem duszpasterskim. Ulżyć cierpiącemu jest grzechem, zabić przeciwnika już nie.

No właśnie. Jednym słowem śmierć śmierci nierówna.

Na to wygląda. Tak samo jak to, w jaki sposób przychodzi. Do mojej żony przyszła niespodziewanie, po cichutku, jak złodziej w nocy. Do Basieńki dobijała się kilka dobrych dni albo i tygodni. Pozostaje tylko pytanie czy sama nie wiedziała czy ma wejść, czy Basia się przed nią tak broniła?

Bronić się przed śmiercią, kiedy nieznośny ból dokucza i już się wie, że to koniec? Kiedy już ten ból niczego nie nauczy, ani niczego nie zmieni, tylko rani.

Nauczy kochanie, a właściwie przypomni co to jest pokora. Może dopóki nie ma w nas pokory, dopóki nie zrobimy dokładnego rachunku sumienia i dopóki nie przyznamy, że robiliśmy wiele rzeczy nie tak jak powinniśmy, że wybaczamy i prosimy wszystkich o wybaczenie, nasz czas trwa i trwa. Może dopiero kiedy pogodzimy się z całym światem otrzymamy łaskę przejścia na drugą stronę. Ja mam już bliżej niż ty i może dlatego częściej o tym myślę?

Nigdy nie wiadomo co komu pisane

No właśnie…czyli znaleźliśmy się znowu na początku naszej rozmowy. Wiemy, że nic nie wiemy…to jak to było?… jak to jest umierać?…

Mariolce i Basi….2.09.2017

– Hary
angel-2665661_960_720

Jak zwierzęta?…

W związku z ostatnimi i nie tylko ostatnimi wydarzeniami, zastanawiam się co jest z nami facetami nie tak, że lubimy upadlać kobiety. Kimże jesteśmy by decydować o ich losie, prawach i obowiązkach? Czy jesteśmy ich władcami tylko dlatego, że Stwórca zbudował dla nas towarzyszkę życia z naszego żebra? A może mówiąc: Idźcie i rozmnażajcie się by zaludnić ziemię i uczyńcie ją sobie poddaną, miał na myśli tylko nas mężczyzn a kobieta miała tylko spełniać nasze zachcianki? Odnoszę wrażenie, że nie dopracował nas do końca Dający Życie i nie zsynchronizował pracy naszych dwóch mózgów, tego w głowie z tym w główce, do tego stopnia, że niektórzy z nas na widok płci przeciwnej, stają się samczym pomiotem reagującym na bodźce płynące tylko z główki, ponieważ zawartość rozumu w czaszce jest bliska zeru.

Często czytając komentarze pod postami dotyczącymi gwałtu w Rimini, odnoszę wrażenie, że dla niektórych z nas stał się on całkiem niezłym argumentem politycznym. Rimini nie schodzi z pierwszych stron gazet, portali i wiadomości. Tłumy psychologów, politologów, prawników i socjologów wypowiadają się na temat tego wydarzenia, zapominając o dramacie dwojga ludzi na których ten gwałt został dokonany. Zresztą on nie ma większego znaczenia. Znaczenie ma to kto, dlaczego i po co go dokonał. Jakiego koloru skóry i jakiego wyznania byli gwałciciele, tak jakby dla zgwałconej kobiety miało to jakieś znaczenie. I znowu odnoszę wrażenie, że gwałt możemy podzielić na ten lepszy i ten gorszy. Gorszym jest ten dokonany przez północno afrykańczyka i w dodatku tzw. islamistę, natomiast ten którego dopuścił się rodzimy katolik jest jakby lepszym o tyle, że nie ma co się nad nim dłużej rozwodzić. Po prostu był i to wystarczy. Mało tego, okazuje się, że gdyby tak zlikwidować islam, na świecie zrobiłoby się bardzo bezpiecznie. Nie byłoby wojen, morderstw ani gwałtów. Żylibyśmy bez stresów i strachu do tego stopnia, że nie musielibyśmy na noc zamykać drzwi.

Wracając do rodzaju męskiego. Ponieważ sam należę do tego cudu natury, mimo wszystko brzydzę się gwałtem, uznając go jako symbol słabości gwałciciela, jego kompleksów czy braku zahamowań. Temu komuś nie wystarczy normalna uległość kobiety, on musi zdobywać ją siłą, wbrew jej woli. Stąd biorą się domowi gwałciciele, którzy kryją się w zakamarkach rodzinnych tajemnic, tak często skrzętnie ukrywanych przez ich ofiary. Trochę ze wstydu, trochę ze strachu a trochę z poczucia swojej niskiej wartości. Nawet zwierzęta zachowują się inaczej, bardziej po ludzku, nie zastanawiając się nad tym czy partner woli wieprzowinę, czy wołowinę. Samica dobiera sobie samca i ona decyduje kto będzie ojcem jej potomstwa.

Pisząc o tym, nie twierdzę, że cały rodzaj męski jest zły i zasługuje na wytępienie. Tych złych jest dużo, dużo mniej niż normalnych facetów, którzy szanują swoje żony, partnerki, czy inne kobiety spotkane na plaży, w autobusie czy na ulicy. Ale musimy pamiętać, że ci źli są również wśród nas i bardzo często na pierwszy rzut oka zdają się być dobrymi. Pamiętajmy również o tym, że wykorzystywanie gwałtu do własnych celów jest również gwałtem, nie bezpośrednim, ale pośrednio wpływającym na stan ofiary. Bo często jest tak, że morderca czy gwałciciel ma zawoalowaną twarz na zdjęciu, jest określany za pomocą inicjałów a jego ofiara upubliczniona z imienia i nazwiska i z widoczną twarzą. Coś tu nie jest tak…

– Hary

face-1852342_960_720

Frodsham…

Stał na wzgórzu i spoglądał na rozpościerający się przed nim widok. Pod nim zabudowania miasteczka, wyglądające z góry jak osiedle domków dla ptaków. Niektóre czerwieniły się cegłą z której zostały wymurowane, inne natomiast świeciły bielą otynkowanych i pomalowanych elewacji. Ale niemal wszystkie były do siebie podobne, podobne dachy kryte grafitowym łupkiem, podobne kominy zakończone ujściami w kształcie korony, oraz podobne wykusze okien w salonach, ot typowa dla angielskich budynków architektura. Za osiedlem zielone łąki, kilka pojedynczych farm, prosta droga ekspresowa prowadząca do Chester i dalej w kierunku Walii, po której nieustannie w dzień i w nocy przejeżdżają setki samochodów. Nic dziwnego, bowiem droga ta prowadzi również do ośrodków przemysłowych, w tym do fabryki Vauxhalla, czyli angielskiego Opla, oraz jednego z zakładów Airbusa. Za drogą znowu zielone łąki, tym razem podmokłe, tu i ówdzie srebrzyły się w słońcu małe jeziorka i stawy a dalej rozciągała się Mersey River, szeroką wstęgą oddzielając hrabstwo Cheshire od Merseyside. Kiedy spojrzał w stronę mostu, wzrok jego natrafił na dużego stalowego ptaka szybującego w kierunku lotniska, znajdującego się po drugiej stronie rzeki. Był inny niż te, które dotąd widział. Niezgrabny, wysoki kadłub swym kształtem przypominał delfina. Był to Airbus Bieluga, samolot transportowy używany przez zakłady lotnicze a służący do przewozu elementów wielkogabarytowych produkowanych w nich samolotów. Kiedy samolot zniknął mu z oczu, usiadł na ławce i zapalił papierosa. Siedział obok obeliska jakich mnóstwo na wyspach a poświęconych pamięci tych co zginęli podczas obydwu wojen światowych. Ten poświęcony był mieszkańcom Frodsham, którzy oddali swoje życie walcząc na różnych frontach tych wojen. Wyryte imię i nazwisko i rok śmierci. Nie ważne czy poległy miał poglądy lewicowe, był konserwatystą czy liberałem. Wspólnie, linijka pod linijką wymienione w kolejności alfabetycznej nazwiska bohaterów.
Na twarzy czuł delikatny powiew wiatru, jego angielski zapach. Zapach wszędobylskiej lawendy i azalii. Zapach kojący, wyciszający i miękki jak angielska pościel. Jutro wraca do Polski, do pustego domu. Domu gdzie gwar, śmiech i tupot bosych dziecięcych stóp, zostały tylko wspomnieniem. Czasem we śnie słyszy … kawiarenki, na, na, na, kawiarenki, na, na, na, stolik nasz w nieważkości lamp, krąży tu, krąży tam… ale to tylko we śnie. Kiedy otworzy oczy słyszy tylko tykający zegar na ścianie i odgłos pracującej lodówki w kuchni. Poza tym przenikliwa cisza. Kiedy jest tam, tęskni za córką i Anglią. Kiedy jest tutaj brakuje mu syna i Polski. Polski dziwnej, nieobliczalnej i chwilami samotnej tak jak on. Za każdym razem, gdy miał do niej wracać, przyjeżdżali na to wzgórze. Ta rzeka, te zielone łąki, domy w dole pod nim, Jubilee Bridge widoczny w oddali i nawet te stalowe ptaki były częścią jego Anglii, którą pokochał i z którą się tutaj żegnał, by na drugi dzień, będąc już nad Bystrzycą do niej zatęsknić. Która z nich żona a która kochanka, nie potrafił powiedzieć…chociaż?
= To co…wracamy? – wyrwał go z zadumy głos córki
– Ano wracamy – wstał z ławki i posłusznie ruszył za dziećmi w kierunku
samochodu. Przy ścieżce rósł duży krzak żółtej azalii…stąd ten zapach, który poczuł…a lawenda gdzie? Kiedy wyjechali z parkingu i zaczęli zjeżdżać w dół, pomiędzy drzewami ujrzał niebieskie pola. W równych rzędach rosła lawenda, kwiat książkowych babć, suszu umieszczonego w woreczkach zawieszonych w szafach lub umieszczonych pod poduszką.
– Co wolisz…pizzę czy rybę ?
– Oczywiście, że rybę…pizzę mogę sobie w domu zamówić…takiej ryby już nie.
– Tato, będziesz mógł do nas przylecieć na wiosnę w przyszłym roku? Chcielibyśmy położyć podłogę w salonie, może byś nam pomógł.
– Oczywiście, że mogę… i chcę… mam tutaj jeszcze kilka rzeczy do obejrzenia.
Zaśmiała się w taki sam sposób jak jej mama…tak bardzo lubił ten śmiech…

– Hary
3163629_cc1a8a58

Mokra Włoszka….

Stała w oknie i spoglądała na pasmo gór, widoczne na horyzoncie. Była to forpoczta włoskich Dolomitów, tak zwane Piccole Dolomiti. Tam chociaż mają trochę chłodniej…pomyślała z zazdrością, czując jak po szyi spływa jej strużka potu. 43 stopnie w cieniu. Klimatyzator ustawiła na 25, ale chcąc zapalić papierosa, musiała uchylić okno. Z zewnątrz buchnęło do środka gorąco jak z piekarnika A tak sobie obiecywała, że już nigdy nie przyjedzie do Włoch w środku lata… i co? Drugi rok pod rząd siedzi w tym upale, zamiast delektować się przyjemnym latem w Polsce. Co prawda Misiek mówił, że u nich 32, ale to tylko 32 a nie 43.

Który to raz w swoim życiu wsiadała do busa jadącego do Italii? Pogubiła się w liczeniu już dawno. Najpierw Sycylia, później Trydent w hotelu nad jeziorem Molveno, Vicenza w Wenecji Euganejskiej, a teraz Cavezzo w Emilii Romanii. W sumie 13 lat we Włoszech i choć trudno w to uwierzyć, nie widziała Rzymu, Florencji ani Neapolu. Sycylię poznała prawie całą, a na tzw. lądzie tylko Padwę i Wenecję przyszło jej zobaczyć.
Do Sycylii czuje największy sentyment, wszak tam była najdłużej. Przez jedenaście lat przemierzała strome i ciasne uliczki Belpasso. Codziennie spoglądała na Etnę, raz spokojną a innym razem wypluwającą ze swojego gardła czerwone języki lawy. Przyjechała na Sycylię w ciemno, nie znając ani języka, ani zwyczajów jakie tutaj panują. Kupiła sobie płytę z włoskimi piosenkami i z niej uczyła się słówek. Nauka nie była łatwa, ponieważ starzy sycylijczycy, a takimi przyszło jej się opiekować, mówili dialektem sycylijskim, czyli mieszaniną języka włoskiego i innych języków.
Ale dała radę. Nie na darmo zmodyfikowała powiedzenie na; Gdzie diabeł nie może, tam Mariolinę pośle. W kraju zostawiła córkę, na tyle odpowiedzialną, że ukończyła szkołę średnią i studia bez problemów. Przyjeżdżała do niej latem do Belpasso i wtedy mogła się nią nacieszyć. Internet w Polsce dopiero zaczynał raczkować i jedyny kontakt był przez telefon z wykorzystaniem karty typu Telegrosik. Teraz co innego. Jest Skype, Viber a od tego roku może rozmawiać z córką, wnuczką czy Miśkiem bez dodatkowych opłat przez komórkę. Ale rozmawiać przez szklany ekran to nie to samo, co być z kimś na żywo. To trochę tak jakby oglądało się film w telewizji. Po naciśnięciu guzika na pilocie zapada cisza.

Każdy dzień wlecze się jej, jak poborowemu na początku służby. I jeszcze w dodatku ten upał…masakra. Tęskni za domem, za trzema pieszczoszkami, które co rano budziły ją lizaniem po twarzy i tęskni za Miśkiem. Przyjechała do Cavezzo w połowie lipca i wszystko wskazuje na to, że zabawi tutaj co najmniej do połowy września. Wcześniej było tak, że i przez dwa lata nie zjeżdżała do Polski a teraz miesiąc wydaje się jej wiecznością.

Westchnęła ciężko, zamknęła okno i spojrzała na kuchenny stół. Marco znowu dał jej zajęcie. Przyniósł jej miskę dojrzałych fig, dużych fioletowych bomb kalorycznych, na które ona nie może już patrzeć. Lubi figi, ale jak to mówią; co za dużo to i świnie już nie chcą. Zrobi je w syropie rumowym i zawiezie Miśkowi, niech się chłop ucieszy. Owoce pochłania w każdej ilości, więc protestował nie będzie. Dojrzałych fig w całości nie dowiezie. W ubiegłym roku wysłała mu busem razem z częścią bagaży. Podobno tylko dwie nadawały się do zjedzenia a i to zaczęły fermentować.
Najchętniej weszłaby teraz pod prysznic i zmyła z siebie całe gorąco, które skropliło się na jej ciele. Ma dosyć już bycia mokrą Włoszką. Chce być sobą.
Wzięła do ręki telefon i nacisnęła ikonkę ze zdjęciem. Po chwili usłyszała znajomy głos…Dzień dobry kochanie… nic więcej jej nie było potrzeba….

= Hary

italy-538109_960_720