Mówili na nią Słońce…

Na imię miała Ania, a może Agnieszka, albo Katarzyna … nieważne bo nie o imię w tej historii chodzi. Była filigranową szatynką o brązowych oczach, pięknych, długich rzęsach i trochę zadartym nosku. Była szczęśliwą mamą niespełna trzyletniej córeczki, oraz podobno szczęśliwą żoną. Podobno, ponieważ ona tak twierdziła. Zaraz po ślubie dostali mieszkanie. Jak to załatwiła, wiedziała tylko ona sama. Czasy były takie, że żeby coś załatwić w urzędach trzeba było mieć albo dużo kasy, albo silny dar przekonywania. Mieszkanie było jak to mówią, ciasne ale własne…jeden pokój, kuchnia i niewielka łazienka. Właśnie kończył się jej urlop wychowawczy i chciała wrócić do pracy. Zakład w którym pracowała przed porodem zlikwidował jej stanowisko i musiała szukać znajomości, żeby móc gdziekolwiek się załapać w zawodzie wykonywanym do tej pory. I znalazła … w jaki sposób to zrobiła, wiedziała tylko ona sama.

On pracował od kilku lat w firmie. Lubił swoją pracę i lubił ludzi z którymi się na co dzień w niej spotykał. Miał z nimi dobry kontakt i odnosił wrażenie, że sam jest również przez nich lubiany. Prywatnie był szczęśliwym mężem i ojcem, tak sam uważał i tak sądziło jego otoczenie. Nic nie wskazywało na to, żeby było inaczej.
Pewnego dnia jego bezpośredni przełożony przyprowadził do pokoju w którym pracował uśmiechniętą, ale trochę zagubioną młodą kobietę i stwierdził, że właśnie ona od dnia dzisiejszego będzie z nim współpracowała i ma nadzieję, że będzie to dobra współpraca. I była, polubili się od samego początku i nic ponad to. Ot w wolnych chwilach pogaduszki, chwalenie się dziećmi, wymiana opinii o swoich upodobaniach, muzyce, książkach czy filmach. Jak to w pracy.

Wszystko zmieniło się, kiedy wrócił z urlopu. Spostrzegł, że jego kolega częściej przebywa z nią sam na sam, że kiedy wchodzi znienacka do pokoju odnosi wrażenie jakby im przeszkadzał. Wtedy poczuł ucisk w sercu, dotarło do niego, że jest zazdrosny o koleżankę i że wcale mu nie jest obojętna. Kiedy pewnego dnia zapytał ją, czy po pracy miałaby ochotę na wspólny spacer, nie odmówiła. Po pierwszym spacerze, na którym ją pocałował a ona się nie broniła, były następne. Krótkie bo co najwyżej trzygodzinne wypady do lasu były jedynym wspólnie spędzanym czasem. Było im dobrze ze sobą, ale zdawali sobie sprawę, że to tylko chwila i za moment trzeba wracać do swoich rodzin.
Przez rok jeździli do lasu raz w tygodniu, potem ich prywatne spotkania były rzadsze, aż w końcu po dwóch latach zaprzestali wypadów poza miasto. Nie miała czasu, a to nie miała dziecka z kim dłużej zostawić, a to coś innego jej wypadało. Pracowali nadal razem, ale czuł się coraz gorzej w jej towarzystwie. Wiedział, że ma ją obok siebie, ale ta obecność nie dawała radości, tylko żal. Szalę goryczy przelała wiadomość, że jego Słoneczko jest w ciąży i doskonale wiedział, że on nie ma z tym nic wspólnego. Dowiedział się o tym nie od niej, tylko od innych koleżanek. Poczuł wtedy silny policzek wymierzony przez osobę którą kochał i dla której był gotowy poświęcić wszystko. Czuł się zdradzony i nie uspokajało go to, że zdecydowała się na drugie dziecko z własnym mężem. Kiedy tylko nadarzyła się okazja odszedł z pracy i zmienił ją na inną. Długo trwało zanim rany w sercu się zabliźniły. Nie zapomniał, ale po raz drugi tego błędu nie popełnił, bo zrozumiał, że to był błąd jego życia. Teraz dopiero czuł wyrzuty sumienia, że zdradził żonę i niewiele brakowało a mógłby stracić rodzinę.

Historia taka jak wiele innych, podobnych do niej. Niektóre skończyły się podobnie, inne w gorszy sposób. Opowiedziana przez dobrego znajomego jako przestroga przed szaleństwami, które jesteśmy gotowi popełnić w imię miłości, która bardzo często wcale miłością nie jest. Nie znam relacji drugiej strony tej historii, bo może się okazać, że to nie była jej wina. Z reguły mówi się, że prawda zawsze leży po środku i to jest dobre powiedzenie.
Dlaczego o tym piszę ? Dlatego, że w swoim życiu popełniamy wiele błędów. Popełnia je każdy, ja sam również niejeden popełniłem. Na błędach człowiek się uczy, jedni drugi raz ich nie popełnią, ale są również tacy, którym nauka idzie w las, czasami dosłownie. Jest również inne powiedzenie: tylko ten się nie myli, kto nic nie robi. I to również prawda. Miewamy w swoim życiu Słoneczka, Koteczki, Kwiatuszki czy Miśki, ale pamiętajmy, że one mają również uczucia i nie zawsze to co bawi nas, bawi je również. Temat rzeka, można o nim pisać bez końca. Niejedną powieść na ten temat napisano i niejeden melodramat nakręcono, ale prawdziwe życie to nie powieść ani film, chociaż często fabuła jest podobna. Żyjmy w taki sposób, aby nikt przez nas nie musiał płakać. Ani rodzina, ani żadne Słońce czy Misiek. Nie dopisujmy również nigdy sami swojego zakończenia historii, której w rzeczywistości nie ma. Bo tym możemy również kogoś skrzywdzić. Miłość jest piękna, ale często bywa niełatwa. Wzajemny szacunek i akceptacja drugiego człowieka takim jakim jest, to połowa sukcesu. Nic na siłę, ponieważ nie zmieni się biegu rzeki. Można co najwyżej jej koryto poprawić. I tak jest z drugim człowiekiem. Nie zmieni się całkowicie jego poglądów, przyzwyczajeń i upodobań a jeżeli już, to ta zmiana nie będzie całkiem szczera.

I na zakończenie … powiadają, że nie nauczy cię ojciec, nie nauczy cię matka, tego czego cię nauczy sąsiadka. Każda mądrość ma w sobie coś z autentyzmu, ale miłość to nie tylko riki tiki tak, to nie tylko jej zapach i jej smak. To również brzmienie ciszy oraz kolory tęczy. To zaufanie, wyrozumiałość i wiara. Wiara w drugiego człowieka, podobnego do nas … a jakże innego.

– Hary

morning-2243465_960_720

Tacy byliśmy jeszcze wczoraj…

Kiedy przekroczyłem liczbę lat równą jednostce miary zwanej kiedyś kopą, zorientowałem się, że pojęcie „wczoraj” dotyczy równie dnia poprzedniego co kilkadziesiąt lat wstecz. Jeszcze wczoraj bawiliśmy się wspólnie na podwórku albo w najtajniejszym zakamarku domu, a dzisiaj spostrzegamy, że przeprowadzana jest ścisła inwentaryzacja w naszym roczniku i towarzysze tych zabaw odchodzą jeden za drugim w/g zasad nieznanego nikomu ciągu matematycznego, Nieznanego nikomu z nas, bo jest pewnie Ktoś, kto ten ciąg ułożył.

Kiedy obaj mieliśmy po kilka a później kilkanaście lat, dużo czasu spędzaliśmy na wspólnych zabawach a później marzeniach kim zostaniemy kiedy dorośniemy. Do ukończenia trzech lat mieszkaliśmy w jednym mieszkaniu w samym centrum Lublina w domu przy ulicy Kościuszki. Było ciasno, ale o dziwo wiele pamiętam z tego okresu. Ciocia, na którą mówiłem babciu i cioteczne siostry do których mówiłem ciociu.
Ja i Rysiek urodziliśmy się w tym samym roku, z tym, że on 4 miesiące wcześniej. Nazywaliśmy się braćmi, chociaż w rzeczywistości byłem jego wujkiem. Ot takie pomieszanie z poplątaniem. Do czasu wyprowadzki z rodzicami do własnego domu byliśmy ze sobą na co dzień, później w każdą niedzielę. Poranki dla dzieci w pobliskim kinie „Wyzwolenie”, wypady na Plac Litewski, wyjścia do Ogrodu Saskiego w poszukiwaniu straconego czasu, czy liczenie samochodów z trybuny pierwszomajowej na Krakowskim Przedmieściu.
To z nim poznałem polską wieś, kiedy wyjeżdżał ze swoimi rodzicami do dziadków i zabierali mnie ze sobą. Z nim wyprowadzałem krowy na łąkę pod lasem zbierając po drodze grzyby, a motor wujka Zygmunta był najwspanialszym pojazdem w który był wyposażony oddział partyzancki utworzony przez kilku miejscowych chłopaków a w którego składzie znaleźliśmy się również. Jazda Sokołem polegała na grupowym wpychaniu go pod górkę a następnie również grupowym zjeżdżaniu z górki na luzie. Prawie cały oddział mógł uczestniczyć w tych rajdach, ponieważ Sokół wyposażony był w dosyć pokaźną przyczepkę. Najważniejszą akcją naszego oddziału był wyręb młodego grabczaka w celu przeznaczenia go na dyszel do wozu drabiniastego. Akcja niestety została niedoceniona przez babcię i dziadka, którzy stwierdzili, że była nielegalna i w związku z tym mogą nam grozić represje ze strony okupanta. Na drugi dzień na szczęście już nikt o niej nie pamiętał, a my mogliśmy spokojnie zająć się wycinaniem szprych w kołach rowerowych przy pomocy siekiery, aby przerobić je na tzw. rafki, by toczyć je przy pomocy zagiętego pręta po polnej drodze. Dziadek nie tyle przejął się obręczami co siekierą, która nabrała wyglądu piłki do drzewa a straciła zdolność rozłupywania szczap drewnianych.
Jedyną rzeczą, której baliśmy się była burza z piorunami. Burzy bali się wszyscy domownicy. Chata była kryta słomą a za piorunochron służyła potężna sokora zasadzona na podwórku. Po latach dowiedziałem się, że w końcu spełniła swoje zadanie i podczas pewnej letniej burzy została rozpołowiona przez piorun na dwoje, ale dom ochroniła.

Rok 1968 był ostatnim rokiem, kiedy odwiedziłem kolonię Ludwin. Był to rok w którym skończyłem szkołę podstawową i zdałem do Technikum. Końcówka sierpnia tego roku to dwa wydarzenia. Premiera na sopockim festiwalu utworu Czerwonych Gitar – Anna Maria, oraz nocny desant na Czechosłowację wojsk Układu Warszawskiego. Liczyliśmy z Ryśkiem lecące samoloty na bezchmurnym niebie. Dopiero po kilku dniach dowiedzieliśmy się co to za samoloty i dokąd leciały.

Spotykaliśmy się coraz rzadziej. Nauka, później praca, potem własna rodzina, jakoś tak brakowało czasu. Wczoraj pożegnałem Ryśka w ciszy cmentarza przy ulicy Unickiej. Spoczął razem ze swoimi rodzicami niedaleko domu w którym mieszkał. Żył w ciszy i w ciszy odszedł. A jeszcze wczoraj był dzielnym partyzantem…

– Hary

cave-2077979_960_720

Zapach kobiety…

Dla jednych anielski, pełen rozkoszy, pożądania i tajemniczości. Dla innych jest zapachem szatana, grzechu, zniewolenia oraz rozpusty. Ci pierwsi kobiety hołubią, są gotowi nosić je na rękach, ci drudzy natomiast są gotowi zrobić z nich przedmiot, który da się z łatwością przestawiać z kąta w kąt. W tej drugiej grupie znajdują się również inne kobiety, które albo były same w swoim życiu w ten sposób traktowane, albo ich matki przeżywały gehennę poniżania.

Żyjemy w XXI wieku, w państwie europejskim o silnych tradycjach patriotycznych ale jednocześnie tolerancyjnych dla innych religii i innej kultury. Szczyciliśmy się zawsze swoim katolicyzmem, uogólniając jednocześnie pojęcie chrześcijaństwa. W ostatnim okresie „uprawomocniło” się powiedzenie, że dobry katolik to zarazem nacjonalista. Prawy Polak to katolik i zwolennik ONR, Polak sprawiedliwy łączy te dwie cechy i jednocześnie popiera działania autorytarne swojego przywódcy.

Co ma wspólnego ze sobą kobieta i ustrój autorytarny? Otóż ma bardzo wiele. W naszym przypadku, i zresztą nie tylko naszym budowane są nastroje walki z równouprawnieniem i możliwością decydowania o sobie przez same kobiety. Próbuje im się narzucić prawa i zasady, które sprowadzają je do poziomu wspomnianej przedmiotowości. Masz rodzić i tyle masz do powiedzenia, to hasło ostatnimi czasy bardzo chętnie powtarzane przez mężczyzn, szczególnie przez tych z prawej strony podwórka.

Margaret Atwood, kanadyjska pisarka napisała książkę pod polskim tytułem „Opowieści podręcznej”. Nakręcono na jej podstawie również film. Mówi o losach kobiet w państwie w którym dokonano zamachu na demokrację wykorzystując strach przed terroryzmem i imigracją, do zawieszenia konstytucji. Wprowadzono nowe prawa i nowe zasady życia społecznego opartego na religii a w szczególności fragmentach Starego Testamentu. Stworzono nową religię, wygodną dla rządzących i dającą im szczególne przywileje. Nie będę streszczał ani książki, ani filmu, chociaż szczerze zachęcam do zapoznania się z nimi. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na to, jak łatwo jest spowodować, by światłe społeczeństwo uległo wizjom jednego człowieka, lub wąskiej grupie ludzi. Jak łatwo zrobić z kobiet maszyny do rodzenia dzieci, a reszcie obywateli wmówić, że tylko ta droga jest drogą do dobrobytu i rozwoju.

Kobieta pachnie sobą, nie tylko seksem i pożądaniem. Pachnie miłością, macierzyństwem oraz dobrem, oprócz kobiet, które usiłują z tym wszystkim walczyć. One pachną naftaliną, zleżałą bielizną i zapachem skunksa. Zapewniam, że nie jest to miły zapach…

– Hary
woman-751236_960_720

O żywocie ludzkim…

O żywocie ludzkim … Jan Kochanowski

Fraszki to wszytko, cokolwiek myślimy,
Fraszki to wszytko, cokolwiek czynimy;
Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy,
Próżno tu człowiek ma co mieć na pieczy.
Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława,
Wszytko to minie jako polna trawa;
Naśmiawszy się nam i naszym porządkom,
Wemkną nas w mieszek, jako czynią łątkom.

Temat znany od wieków, ale dzisiaj, w dobie rozwoju środków masowego przekazu znany jeszcze bardziej. W czasach Odrodzenia fraszki takie jak te napisane przez mistrza Jana, pokazywały wady i zalety współczesnego mu społeczeństwa . Dzisiaj sami bohaterowie w imię zareklamowania swojego wizerunku i swojej pobożności, stali się nie gorszymi fraszko pisarzami od Jana Kochanowskiego.
Sam wszedłem w ten okres życia, kiedy człowiek zaczyna robić dokładniejszy rachunek sumienia i w inny sposób spogląda na świat i na siebie samego niż kiedyś. Co zrobiłem źle, a co zrobiłem dobrze w czasie swojej wędrówki po ziemskich łąkach i ugorach. Dlaczego postąpiłem tak a nie inaczej i czy gdybym podjął w swoim życiu inne decyzje niż podjąłem, byłbym lepszym człowiekiem i miałbym większe grono przyjaciół?

Rozważania co niektórych mocno bogobojnych osób na tak zwanej wizji, gdzie publicznie przyznają się do swoich błędów i grzechów w czasach młodości a teraz za nie bardzo żałują jest według mnie bardzo niepoważne i wręcz nieetyczne. Posłużę się przykładem znanego profesora, który w swoim życiu dokonał setek aborcji a teraz jest zagorzałym jej przeciwnikiem. Stał się zwolennikiem klauzuli sumienia. Nawrócił się powiecie. Może się i nawrócił i zrozumiał swój grzech. W takim razie niech zrzeknie się swojej profesury a cały swój majątek odda na rzecz pomocy dzieciom niepełnosprawnym i z wadami genetycznymi, którymi ich matki nie miały siły się opiekować. Przecież zdobył go nie poprzez łapanie motyli tylko wykonując swój krwawy zawód. Wtedy dopiero zrozumiem jego intencje i uwierzę w nawrócenie.

Daleko mi do osądzania innych, chociaż to co przed chwilą napisałem jest takim osądem, ale kiedy patrzę na rozmodlone elity naszej władzy, które dla poklasku gotowe są przejść na kolanach z Warszawy do Lourdes i z powrotem, dochodzę do przekonania, że koniec tego systemu rzeczy jest już bardzo blisko. A moja postawa ma zasadnicze znaczenie dla mojej przyszłości, oraz tego co mnie czeka po przejściu na drugą stronę tęczy.

Zaczynamy być wyznawcami religii na pokaz. Modlitwa w świetle jupiterów i w obecności kamer to jest to czego widocznie niektórym z nas potrzeba. Medytowanie w ciszy i skupieniu jest niewidoczne dla innych i nie pokazuje naszego zaangażowania w życie duchowe, staje się mało istotne. Należy założyć płaszcze krzyżowców i pokazać całemu światu spacerując dookoła budynku sejmu z naszyjnikami różańca, że tutaj w kraju nad Wisłą Zły nie ma nic do powiedzenia. Że po przekroczeniu granicy przybysz wstępuje na Ziemię Świętą. Że ta pachnąca pszenicą ziemia jest Ziemia Obiecaną i że to tutaj przyszedł na świat Zbawiciel.

Żyję na ziemi gdzie bluźnierstwo staje się świętością a świętość bluźnierstwem. Gdzie tworzy się nowe religie wmawiając społeczeństwu, że wszystko jest w porządku, że jej twórcy są jedynymi godnymi aby wziąć odpowiedzialność za cały kościół. Tylko, że tak się nie da. Kto przystępuje do takiego kościoła jest tak samo winien jak ten co go tworzy.

Kiedy jesteśmy młodzi wydaje nam się, że czas się w miejscu zatrzymał. Że tacy będziemy zawsze. Piękni, zdrowi, mniej lub bardziej bogaci. Że mamy tyle czasu by się dorobić, postawić dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna. Nawet się nie obejrzymy kiedy zaiskrzy nam pierwszy siwy włos na głowie, kiedy zaczną dokuczać kolana i kiedy budzimy się bardziej zmęczeni niż wtedy gdy kładliśmy się na spoczynek. Wtedy często przychodzi refleksja… po co to wszystko było?. Po co to uganianie się za mamoną i za karierą kiedy serce chłodne. Co dały lata, które były tylko chwilą. Co zostawiamy po sobie i kto o nas będzie pamiętał.
A gdy staniemy przed Najwyższym Sędzią, spuścimy głowę słuchając wykazu naszych uczynków i naszych myśli. Kiedy Wielki Radiolog prześwietli nasze serce i okaże się że oprócz miłości do siebie nie ma w nim żadnej miłości, ani do bliźniego ani do tego, który dał nam życie. Że wielbimy jego posągi a nie Jego Samego i wierzymy w coś o czym nawet On nigdy nie słyszał. Pamiątkę Śmierci jego Syna zamieniliśmy w miesięcznice, które zaczynają mieć większe znaczenie niż jego Zmartwychwstanie. Taka ma być nasza wiara ?

Sade dis moi, Sade donne moi…

Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz… tyle po nas zostanie… Czy zatem warto?….

– Hary

Archangel

Życie jest najtwardszą ze wszystkich szkół…

Przychodzimy na świat z czystą kartą życia. Co prawda ci co wierzą w reinkarnację uważają, że rodzimy się po to, żeby dokończyć coś czego nie wykonaliśmy w poprzednim wcieleniu, lub samemu doświadczyć tego, czym doświadczaliśmy innych. Nie będę jednak pisał o tym w jaki sposób przeżywamy swoje dzieciństwo, jak dorastamy i jak idziemy przez życie. Chcę i mam taką potrzebę, aby napisać o rodzicach. O rodzicach dzieci chorych, niepełnosprawnych i tych, które już odeszły lub odejdą w niedalekiej przyszłości. Temat bardzo trudny, ale wart pochylenia się nad nim, tak jak warte jest tego całe nasze życie. Życie pełne wiary, niekoniecznie w coś lub kogoś, ale czasami wiary w siebie, tak potrzebnej do naszego istnienia.

Czym jest rodzinny dom? Dla dziecka jest bezpiecznym miejscem, gdzie nic mu nie grozi i gdzie mama i tata troszczą się o nie każdego dnia i każdej nocy. Zakładam, że wszystkie dzieci maja takie właśnie domy i w rodzicach maja opiekunów a nie demony w ludzkiej skórze.
Dla rodziców jest miejscem w którym słychać śmiech kochanej małej istoty, gdzie ta istota stawia pierwsze kroki, wypowiada pierwsze słowa i z małego brzdąca staje się młodym człowiekiem by następnie stać się pełnoletnim kawalerem lub panną. Czy taki dom jest takim samym domem, kiedy przychodzi na świat dziecko chore lub niepełnosprawne? Moim zdaniem tak. Wszędzie tam gdzie jest miłość tam jest rodzinny dom. Nawet jeżeli jest więcej trosk, czasem pojawiają się łzy i momentami przychodzą chwile zwątpienia. Wzajemna miłość rodziców i miłość do dziecka, nieważne czy jest ono chore, czy zdrowe ale jest kochane, tworzy właśnie dom rodzinny i bezpieczną enklawę dla rodziców i ich pociech. To ci rodzice są najlepszymi psychologami i pedagogami. Oni także stają się specjalistami jak radzić sobie ze stresem, przemęczeniem, czy problemami finansowymi. Ci rodzice są prawdziwymi ekspertami, nie teoretycznymi ale tymi co znają życie z autopsji. Oni wiedzą jak postępować z dzieckiem po porażeniu mózgowym, dzieckiem autystycznym, niesłyszącym czy niedowidzącym. Bo z takim żyją na co dzień i kochają je… jak gdyby nigdy nic. To właśnie oni tworzą świat dziecka, czasami zamknięty pośród czterech ścian, ale świat bezpieczny, ciepły i przytulny. Świat pełen miłości i uśmiechu, nawet jeżeli czasem jest to uśmiech przez łzy.

A co się stanie jeżeli w tym rodzinnym domu nagle zabraknie dziecka? Kiedy odejdzie na zawsze, bez względu na wiek?. Kiedy zgaśnie ta iskierka, która wnosiła tyle radości w życie rodziców? Niektórzy powiedzą, że taka jest kolej rzeczy i na każdego przyjdzie czas. Tak, to prawda… przyjdzie, ale jeżeli umierają rodzice to wydaje się być naturalną koleją rzeczy. Jeżeli przedwcześnie umrze którekolwiek z naszych partnerów, po chwilach żalu i tęsknoty godzimy się z tym, mówiąc trudno widocznie tak musiało być. Ale jeżeli żegnamy własne dziecko, to oprócz bólu jaki czujemy często obwiniamy Pana Boga za to, że je zabrał. Że nie pozwolił nam cieszyć się jego zdrowiem i życiem, które mu wcześniej sam ofiarował. Pocieszenie w stylu, że „powiększył grono aniołków” niewiele daje ulgi, nie łagodzi bólu po jego stracie a wręcz przeciwnie, potęguje pretensje do Tego, którego za nasz ból obwiniamy. A przecież to nie On prowadził pędzący samochód jadący z naprzeciwka. To nie On wyprzedzał innych w miejscu do tego niedozwolonym. To nie Jemu zabrakło wyobraźni przy nagłym wjeździe na drogę z pierwszeństwem przejazdu. Ale obwiniamy Jego, bo uważamy, że On jest za wszystko odpowiedzialny, a w szczególności za to co nas boleśnie dotyka. Często nie podziękujemy Mu nawet słowem za nasze radości, ale obwiniać za każdą tragedię i niepowodzenie potrafimy. Utrata dziecka jest ciężkim doświadczeniem dla rodziców i nie ma znaczenia, czy było zdrowe i zmarło nagle, czy śmierć nastąpiła na skutek jego choroby. Często zadajemy Bogu wtedy pytanie…dlaczego zabrałeś jego a nie mnie? Dlaczego doświadczasz mnie w taki sposób? A przecież wierzący bardzo dobrze wiedzą, że Maria równiez cierpiała patrząc na męki swojego syna i na jego śmierć. Czy ten fakt daje nam ulgę w cierpieniu? O ile tak, to nie za wielką. Inaczej przeżywamy czyjeś cierpienie a inaczej to które nas bezpośrednio spotyka.

Zbliża się Wielki Tydzień. Dla tych, którzy wierzą, że Jezus był Zbawicielem czas refleksji, czas pokory oraz czas oczekiwania. Jeżeli wierzymy w Jego śmierć jako odkupienie za nasze grzechy, dlaczego postępujemy niegodnie wykorzystując wiarę do własnych celów. Bóg nie zawahał się nawet na chwilę kiedy oddawał życie swojego Syna w zamian za życie, nas ludzi. A czy my potrafimy być mu za to wdzięczni? Tworzymy różne partie oraz ugrupowania i wykorzystujemy Słowo do szerzenia nienawiści, nietolerancji i wojen. Stawiamy pomniki Zbawicielowi, nadajemy Mu tytuły, które wieki temu dał mu Ojciec. W imię pokazania swojej pobożności bluźnimy przeciwko Niemu i wszystkiemu co święte. Co gorsza bierze w tym udział część duchowieństwa, która dla osiągnięcia swoich własnych celów zaprzedaje się Złemu i miesza ludziom w głowach. Czy któryś z kapłanów podczas homilii powiedział … nie stawiajcie Bogu pomników bo On tego sobie nie życzy? Albo nie bawcie się w koronację tego, który od samego początku został przez Ojca wywyższony? Ja nie słyszałem. To człowiek mówi człowiekowi co jest dobre a co złe. To człowiek stawia się na miejscu Boga i chce nim być. Chce decydować o ludzkich losach i ludzkim życiu. To człowiek dzieli ludzi na tych dobrych i tych złych, przy czym złymi są ci co mają inne zdanie niż on sam. I często jest tak, że to jemu wierzymy a nie Bogu. Bo człowiek jest namacalny, widzimy go i słyszymy, czasem jest w zasięgu ręki, mówi ładnie i dużo, wielbiąc go będziemy żyli lepiej, idąc z nim sami staniemy się bogami i sami będziemy mogli decydować o tym co jest dobre a co złe. I wtedy okazuje się, że bóg człowiek jest lepszy od Boga prawdziwego, którego nie widać, nie słychać i który w dodatku tylko od nas czegoś wymaga, a szczęśliwe życie obiecuje dopiero po śmierci.
Zapominamy często o tym, że nasze życie jest bardzo kruche, że kładąc się do łóżka może być to nasz ostatni sen, ostatni wieczór i noc i że ranka możemy nie doczekać.
Żyjmy w taki sposób, by nie odkładać niczego na później, szczególnie tego co może decydować o naszym życiu po życiu. Nie zaprzedawajmy się złudnym obiecankom ludzkim bogom. Jeżeli wierzymy, wierzmy w prawdę a nie kłamstwo, miłość a nie nienawiść, dobro a nie zło. Wtedy będzie nam łatwiej znieść odejścia naszych bliskich… Jeżeli oczywiście wierzymy.

– Hary

california-140113_960_720

Rzeka prawdy płynie korytem błędów…

Rzeka prawdy płynie korytem błędów…
(Rabindranath Tagore )

Przyroda – jak to ładnie brzmi…prawda? Jeszcze ładniej wybrzmiewa słowo Natura. Kiedy wypowiadam pierwsze słowo, widzę przed oczami piękne kwiaty, drzewa oraz zwierzęta. Kiedy drugie, wszystko co nas otacza dookoła, czyli lasy, rzeki, morza, Słońce, Księżyc, czyli jednym słowem Wszechświat. Dwa słowa, jedno znaczenie a brzmienie różne. Pewnie dlatego, że od początku swojej kariery naukowej uczymy się o przyrodzie, a naturą się zachwycamy.

Człowiek jest ogniwem w łańcuchu Natury i w miarę swojego rozwoju uczył się z niej korzystać. Polował na zwierzęta, by mógł się najeść i miał w co się ubrać. Łowił ryby, łapał ptaki, zbierał owoce, podbierał pszczołom miód. Zabijał tylko wtedy, kiedy musiał i tyle co mu było potrzeba.

W miarę swojego rozwoju budował trakty, mosty, spławiał rzekami drewno, wypalał węgiel drzewny, uprawiał ziemię i produkował potrzebne mu do tych prac narzędzia. Od początku był elementem Natury, ale wciąż się uczył wykorzystywać ją dla swoich potrzeb. Wymyślił młyny wodne, wiatraki, z gliny wypalał cegłę, z niej budował domy, utwardzał drogi, do prac wykorzystywał zwierzęta dbając o nie jak o członka rodziny. Im więcej potrafił, tym zaczął bardziej ingerować w Naturę, czyli świat w którym żył. Osuszał bagna, karczował lasy, regulował rzeki, niejednokrotnie zmieniając ich bieg. Zaczął wydobywać bogactwa mineralne, wykorzystywać je i z biegiem lat niszczyć to czego sam nie zbudował.
Ludzi na ziemi zaczęło przybywać, powstawały duże miasta i wszyscy chcieli jeść. Musiał więc więcej zasiewać, zwiększyć hodowle zwierząt, więcej łowić ryb. Żeby produkować więcej, wspomagał Naturę chemią. Produkował sztuczne nawozy, specjalistyczne pasze, żeby bydlątka rosły szybciej i bardziej mięsnie a mniej tłuszczowo. Odpady z produkcji spływały do rzek, ulatywały przez kominy w niebo, albo były zakopywane w ziemi. Do morza wyrzucał coraz więcej śmieci z coraz większej ilości statków, które po nim pływały a w powietrze szły trujące odpady lotne z fabryk, domów i samochodów.

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że do tej pory miałem wrażenie, że my Polacy lubimy dbać o środowisko. Że od kiedy zmniejszyła się ilość kominów fabrycznych, a te które pozostały mają pozakładane filtry zatrzymujące emisję substancji szkodliwych do atmosfery, żyjemy w kraju bardziej ekologicznym. Okazuje się, że nie żyjemy. Zanieczyszczenia są większe niż wtedy, kiedy było więcej fabryk. Fakt, po polskich drogach jeździ kilka razy więcej samochodów niż przed laty. Coś za coś. Wygoda za czyste powietrze i piękną przyrodę. Przyglądam się na miasto w którym mieszkam i jego okolice. W przeciągu kilku lat zmienił się Lublin nie do poznania.
Nie jest to moja agitacja za kimkolwiek, ale tyle co ostatnio zrobiono, nie zrobiono nigdy. Fakt, że trzeba było wyciąć kawałek lasu pod lotnisko. Fakt, że pod budowę obwodnic i trasy szybkiego ruchu zabrano Naturze sporo ziemi, ale jest to w jakiś sposób nieuniknione działanie. Ale wycinka drzew jak leci tylko dlatego, że nie mamy słońca w salonie jest dla mnie nieodpowiedzialna. Dlatego, że wcześniej nikt nie pomyślał sadząc świerk pod oknem, że to śliczne małe drzewko kiedyś stanie się potężnym drzewem. Bo w życiu już tak jest, że wszystko co małe cieszy, no prawie wszystko. A jak urośnie to zaczyna przeszkadzać. Tak jest również z małym szczeniaczkiem, który miał być zawsze mały a wyrósł na potężnego brytana i na śniadanie trzeba mu teraz podać jałówkę, żeby się nażarł.
Wycina się Puszczę Białowieską, żeby pozbyć się kornika bo wiadomo tam nie ma kornika, gdzie nie ma drzew. Strzela się do żubrów, żeby pobrać z zabitego zwierzaka próbkę, czy aby nie był chory, czy w końcu hoduje się bażanty, aby wypuścić je z klatek i natychmiast zrobić z nich ruchome rzutki do ćwiczenia strzeleckiego oka. I to wszystko w imię Ochrony Środowiska.

Nie jestem specem w tej dziedzinie, ale na mój rozum przyrodoluba, coś tutaj jest nie tak. Ostatni podpis Prezydenta pod ustawą otwierająca drogę do budowy rzecznych barkostrad również mnie martwi. Martwi mnie, że w dobrej wierze zniszczymy naturalne rzeki zamieniając je w kanały żeglowne. A współczesny transport wodny to nie to samo co spławianie drewna przed laty. To barki, małe statki, którym nie wystarczy stopa wody pod kilem. To pogłębianie, poszerzanie i regulowanie. Jednym słowem ingerencja w Naturę. Następna ingerencja człowieka w coś czego sam nie stworzył.
Czasem dochodzę do wniosku, że „ po nas choćby potop ” to za mało powiedziane.

– Hary

bez tytułu

Przyjaźń nie jedno ma imię…

Czymże jest Przyjaźń?… Tak, ta pisana przez duże P… Nie te powierzchowne znajomości z portali społecznościowych ( chociaż i wśród nich zdarzają się prawdziwe perełki ) ale ta prawdziwa, bezdyskusyjna i bezinteresowna.
Ilu mamy takich przyjaciół, na ilu możemy liczyć w chwilach prawdy i czy sami jesteśmy taką osobą do której ktoś może się zwrócić po pomoc i otrzyma od nas wsparcie? Jeżeli masz takiego kogoś i sam takim jesteś, to szczerze gratuluję.

Nie jest sztuką nazwać kogoś przyjacielem i bratnią duszą dla poklasku, poprawienia sobie nastroju, czy po to aby chociaż przez chwilę nie czuć się samotnym, ale sztuką jest być takim w rzeczywistości. Dawanie i branie przyjaźni działa w obydwie strony tak samo. Jeżeli nie, to wówczas przyjaźń staje się przyjaźnią toksyczną i może przynieść więcej złego niż dobrego. Bo najgorzej jest zawieść się na przyjaźni.

Prawdziwy przyjaciel nigdy nie rozmawia o nas poza naszymi plecami. Jeżeli ma inne zdanie od naszego, powie to prosto w oczy, nawet jeżeli użyje w tym celu barwnych epitetów, zostaje to między nim a nami. Jest szczery, czasami aż do bólu. Nie powie tego co chcemy, ale to co powinniśmy w danym momencie usłyszeć. Jeżeli zrozumiemy jego intencje oraz to, że nie chodzi mu o pognębienie nas do reszty, tylko o to byśmy spojrzeli na swój problem z innej strony, to znaczy, że wybraliśmy odpowiednią osobę na przyjaciela. Toksyczny przyjaciel sprawia, że przy nim czujemy się gorsi, że po rozmowie opadamy z sił i tracimy grunt pod nogami.
Taką przyjaźń powinniśmy jak najszybciej zakończyć. Ponieważ tylko w obliczu dobrej przyjaźni powracamy do równowagi emocjonalnej. Nikt nam nie odbiera energii, a wręcz przeciwnie dodaje.

Prawdziwa przyjaźń to akceptacja nas takimi, jakimi jesteśmy. Bez makijażu, liftingu, dopasowywania osobowości do własnej wizji czy tworzenia naszego obrazu innym niż jest w rzeczywistości. Każdy z przyjaciół pozostaje sobą, dostrzegając wzajemnie swoje zalety, nie wyolbrzymiając przy tym wad.
Jeżeli czujemy, że jest ten ktoś, kto zawsze jest gotowy podać pomocną dłoń. Że możemy się do niego zwrócić z problemami, ale i z kim możemy również podzielić się naszym szczęściem i ta osoba nie będzie o nie zazdrosna, to znaczy, że to jest odpowiednia osoba. Jeżeli natomiast umniejsza nasze sukcesy i nie może ścierpieć naszego szczęścia, wykreślmy ją jak najszybciej z listy naszych przyjaciół.

Prawdziwy przyjaciel nie oczekuje nigdy tego, że odezwiemy się pierwsi. Interesuje go nasze życie i jak sobie w nim radzimy. Czasem zadzwoni lub napisze pierwszy, nie musimy go prosić o to żeby był, bo on po prostu zawsze jest.

Prawdziwa przyjaźń jest ponadczasowa, trwa całe życie, nawet wtedy gdy po latach zaczną nas dzielić setki czy tysiące kilometrów z powodu wyjazdu jednego z nas. Żyjemy w czasach komunikatorów. Już nie musimy tygodniami oczekiwać listów. Wystarczy wciśnięcie jednego klawisza na komputerze by na jego ekranie zobaczyć twarz przyjaciela. Jeżeli odległość sprawia, że kontakt się urywa, to znaczy, że to nie była bratnia dusza… albo występuje brak zasięgu.

– Hary

teddy-1041827_960_720

Jest, gdzieś tam ponad tęczą, lepszy świat…

Codziennie ktoś przychodzi na ten świat i codziennie z niego odchodzi. Tak było, jest i będzie, nic tego nie zmieni. Rodzimy się w bólach matek i bardzo często w bólach odchodzimy. Niektórzy samotnie, inni w otoczeniu bliskich, jedni za wcześnie i nagle, inni po długich cierpieniach. Żegnamy się z tym światem prędzej czy później, ale nieuchronnie.

Odchodzą spośród nas znani i lubiani, odchodzą ci, których nie darzymy szczególną sympatią, ale również ci co nawet nie znamy ich imienia.
Wczoraj zmarła moja koleżanka z pracy. W tym roku odeszłaby na emeryturę, ale niestety jej nie doczekała. Była na rencie i od kilku lat walczyła z poważną chorobą, która raz odpuszczała, po to by za jakiś czas znowu o sobie przypomnieć. No cóż choroba jak choroba, puka do każdego z nas i bardzo często jeżeli nie zareagujemy w odpowiednim momencie, zamieszka z nami na stałe a wtedy już trudno będzie nam wręczyć jej eksmisję.

Tekst ten piszę, nie dlatego żeby użalać się nad naszym przemijaniem, ale chciałbym zwrócić uwagę na inny problem, który również często nas dotyka. A mianowicie o podejściu innych ludzi do chorego człowieka. O to jak jest traktowany przez zakład pracy w czasie swojej choroby.
Nikt nie lubi kiedy mu personel choruje, a w szczególności dłużej niż 7 dni. Wiadomo, problemy z zastępstwem, tasowanie grafików, kłopoty organizacyjne. Każde dłuższe zwolnienie, nawet jeżeli było wzięte raz w życiu, nasuwa podejrzenie kombinatorstwa i działanie na szkodę zakładu pracy.

Bardzo często nie bierzemy zwolnień, bo kierownictwo będzie krzywo nam się przyglądać. Przechodzimy jedną chorobę, potem druga i trzecią, dopiero kiedy nas z nóg zwali na dobre i nie możemy wstać z łóżka i domowe specyfiki nie pomagają idziemy do lekarza, a wtedy bardzo często już jest za późno.
Podobnie było z koleżanką. Kiedy była dłuższy czas na zwolnieniu rozeszła się fama w pracy, że korzysta z niego niesłusznie. Postanowiono więc skontrolować ją czy faktycznie jest chora i kiedy okazało się, że jej w tym czasie nie było w miejscu w którym powinna być czyli w domu, wszyscy w zakładzie dowiedzieli się, jakim jest niewdzięcznym pracownikiem. Dopiero, gdy dostarczyła zaświadczenie, że w tym czasie siedziała w poczekalni do specjalisty, sytuacja się uspokoiła, ale smród pozostał.

Nie mam o to żalu, że zakład kontroluje pracownika, ponieważ ma do tego prawo, ale czy potrzebny był ten cały rozgłos, podważenie jej uczciwości, tworzenie obrazu bumelanta i kombinatora?
Jak się czują ci co rozpowszechniali plotki na jej temat a jutro będą ją żegnać nad trumną, roniąc łzy żalu?
Zawsze zastanawiam się nad tym ile człowieczeństwa jest w człowieku. Jak to jest, że wartościowym jest się dopóki jest się młodym, silnym i zdrowym. Że człowiek stary lub schorowany nie zasługuje na uwagę, współczucie czy pomoc. Jedyna nadzieja to ta, że tam gdzieś ponad tęczą jest naprawdę lepszy świat. Świat bez ziemskiego zgiełku, zawiści, czasem podłości. Świat jaki powinien być tutaj, gdzie żyjemy… a w rzeczywistości nie jest.

– Hary

rainbow-436171_960_720

Czy sie stoi, czy sie leży…

Któregoś dnia idąc ulicą spotkałem córkę mojej znajomej. Przed laty znaliśmy się dobrze z jej rodzicami. Basia, bo tak ma na imię ta bądź co bądź już kobieta, chociaż kilkanaście lat temu była małą dziewczynką, bardzo udanie parodiującą telewizyjne reklamy, ma teraz 24 lata, czworo małych szkrabów, chłopców w wieku 6 i 4 lat, dwuletnią dziewczynkę i najmłodszego pół rocznego synka o wdzięcznym imieniu Tymoteusz… po dziadku, jak to Basia mówi.
Edukację skończyła na drugiej klasie liceum, a właściwie to na I półroczu drugiej klasy, kiedy to obraziła się na szkołę za niedocenienie jej chęci do nauki i wystawienie sześciu ocen niedostatecznych na zakończenie pierwszego semestru. Bardziej interesowały ją dyskoteki i balangi u znajomych niż oceny na półrocze. Na jednej z takich imprez zaszła w ciążę. Nie wie nawet kto jest ojcem Bartka. Kandydatów mogło być kilku a sama z tego wieczoru niewiele pamięta. Po śmierci ojca, matka Basi żyła ze skromnej renty po mężu. Tysiąc dwieście złotych musiało wystarczyć na opłacenie rachunków, na lekarstwa dla niej, i na pieluchy dla wnuka. Dodatkowo, jak to w domku trzeba było czasem zrobić jakieś naprawy, a to załatać dach bo przeciekał, a to przeczyścić komin, bo od palenia w piecu śmieci często się zapychał. Przychodził do niej Waldek, taki miejscowy pomagacz, który za flaszkę naprawiał drobne usterki, ale oprócz tego niewiele z niego było pożytku. Do zrobienia miał sporo w okolicy, to i rzadko kiedy był trzeźwy.
Basia zarejestrowała się w Urzędzie Pracy i Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej. Dostawała co jakiś czas ubranka dla dziecka, jakiś sprzęt do domu no i zasiłek dla matki samotnie wychowującej dziecko. Potrafiła zrobić makijaż i modną fryzurę, więc dorabiała sobie do zasiłku czesząc i malując swoje koleżanki i koleżanki koleżanek.
Ma faceta, jest ojcem pozostałej trójki dzieci. Pracuje na budowie przy ocieplaniu budynków. W sumie dobry chłopak, co prawda trochę pije, ale który budowlaniec wylewa za kołnierz? Najważniejsze że nie bije i dzieciom czasem jakąś zabawkę kupi. Teraz to już ma lepiej. Co miesiąc na jej konto wpływa dwa tysiące od rządu. Pierwszy rząd w jej życiu co o niej pomyślał. Znajoma chciała jej załatwić pracę kasjerki w Lidlu, ale po co? A co z dzieciakami?
Woli z nimi w domu posiedzieć, z koleżanką kawę wypić. Myślała o zakładzie fryzjersko – kosmetycznym, ale na to trzeba trochę kasy. Piotrek myśli o kupnie samochodu, też by chciała w lecie na jakąś wycieczkę do lasu albo nad jezioro pojechać. Na razie póki co w każdą sobotę robią sobie grila, nawet kiedy deszcz pada. Kupiła taki fajny domek ogrodowy, co prawda dwa razy wiatr go przewrócił, ale Piotrek przywiązał go porządnie do płotu i siedzą sobie w nim nawet w brzydką pogodę.
Przy następnych wyborach też na nich zagłosuje. Może znowu w czymś pomogą prostym ludziom. Nie myślała o ślubie. Po co?. Jako matka samotnie wychowująca dzieci ma lepiej. Że jakiś tam Trybunał Konstytucyjny? Ona nie interesuje się polityką. Nie bardzo wie co to jest. A zresztą czy ten Trybunał da jej tyle kasy co rząd? Nie, wiadomości nie ogląda, woli disco polo. Kupiła laptopa, dzieci jak dorosną przyda się jak znalazł, a póki co słucha na nim Zenka Martyniuka.
Jeszcze nie wie czy będzie miała więcej dzieci. Gdyby Piotrek mniej pił, nawet by się nad tym nie zastanawiała. Każde dodatkowe pięćset złotych to niezły grosz.
A jak mu szajba odbije, to co ona wtedy zrobi, albo jak tamci znowu wrócą rządzić?

– Hary

big_37190

Dowcip i sztuka odkrywania…

„ Żyj życiem, dając innym żyć. Spokojni są panami życia. Słyszą, widzą i milczą. Śpią dobrze, bo się nie szamoczą. Żyją długo, albowiem kultywują spokój wewnętrzny. Mają wszystko co trzeba, bo nie zabiegają o rzeczy zbędne lub cudze. Zachowują serce spokojne, bo nie przejmują się niczym „

Te słowa napisał siedemnastowieczny hiszpański poeta i pisarz, ksiądz jezuita Baltasar Gracian y Morales. Jego myśli, pochodzące z czasów baroku są ponadczasowe, równie dobrze pasujące do czasów jemu współczesnych, jak i do naszej teraźniejszości.
Bo czymże jest życie ? Jest darem, który otrzymaliśmy od Stwórcy. Ci którzy nie wierzą w Boga powiedzą, że od Natury, czyli również od Siły Wyższej.
Jeżeli sami je dostaliśmy, nie powinniśmy ingerować w życie innych, narażać ich na niebezpieczeństwa, czy na jego utratę. Lubimy osądzać, narzucać innym swoją wolę, tworzyć wyimaginowany świat w którym wszystkim będzie się żyło lepiej. Liczymy na uczciwość, sprawiedliwość i prawość innych, a sami czasem nie przestrzegamy tych zasad. Potrafimy widzieć
i słyszeć, ale nie reagujemy na krzywdę która dotyka tych, którzy żyją obok nas. Czasem stajemy się wilkami w owczej skórze.

Nikt za nas nie przeżyje wędrówki po świecie w czasie jaki nam wyznaczono. Sami odpowiadamy za to jak żyjemy, gdzie żyjemy i z kim. Jeżeli będziemy lekkomyślni, sami zapłacimy któregoś dnia za tę lekkomyślność. Nikt za nas nie weźmie na swoje barki naszych win, bo Zbawiciel był tylko jeden i zrobił to tylko raz.

Chroniąc życie, bardzo często skupiamy się na procesie jego powstawania. Zapominamy bardzo często, że jest ono nie tylko okresem w którym przebywamy w łonie matki, ale całym naszym pobytem na ziemi. Walczymy
o każdy zarodek po to, by za kilkanaście lat wysłać go na wojnę i nie zważamy na to, że tam straci życie. Powiecie, tak ale zginął w słusznej sprawie, bo za ideały i za Ojczyznę. Za jakie i czyje ideały? Która wojna jest dobra? Za jaką słuszną sprawę i jaką Ojczyznę? Kto zagwarantuje, że po latach nie okaże się, że ta śmierć poszła na marne? Że był po tej stronie co trzeba? Że po kilkudziesięciu latach nazwą go zwyczajnym bandytą, chociaż wcześniej był bohaterem?
Czy jest ktoś taki co mi to zagwarantuje? To, że bohaterowie nie staną się zdrajcami?
Że ktoś nie napisze historii na nowo tylko po to, żeby stworzyć nowych bohaterów?

Lubimy osądzać innych i chętnie osądzamy, niejednokrotnie stając się Sądem Ostatecznym. Od nas zależy historia i ludzkie życie. Czujemy się wtedy ważni, nieomylni i praworządni, mimo tego, że kilkanaście lat temu byliśmy szujami wydającymi wyroki na tych co byli po drugiej stronie. O nas historia zapomniała, o innych nie.

Komu potrzebny jest stary człowiek? Zbędny bagaż w dążeniu do sukcesu?
Człowiek któremu trzeba zapewnić byt a nic od niego nie da się już uzyskać? Nawet na wojnę nie da się go wysłać. Bezproduktywny balast obciążający niepotrzebnie okręt, którym płyniemy. Wyślijmy go wcześniej do domu niech nam już powietrza nie psuje i nie zajmuje miejsca młodym? A gdzie młodzi? Też nie ma, ponieważ wolą żyć tam gdzie jest normalniej i życie jest normalniejsze. Ech życie…kocham Cię nad życie.

– Hary
wolf-547203_960_720