Żywot człowieka niepoczciwego

Rozdział III ( fragment )

Znali się od zawsze, a właściwie … od czasu szkoły podstawowej. Była o rok młodsza od niego i od swojej siostry Bożenki, z którą chodził do jednej klasy. Nie zwracał na nią uwagi, tak jak nie zwracał w ogóle uwagi na dziewczęta. W jego wieku chłopcy traktowali dziewczyny jako dopust boży i tak jak oni uważał, że są tylko po to, by chichotać po kątach i skarżyć do Pani na kogo się tylko da. Pomimo to doskonale wiedział, które są ładne, które w miarę niebrzydkie, a na których nie warto było oka zawiesić. Bożenka zaliczała się do pierwszej grupy. Szczupła blondyneczka z długimi włosami upiętymi w dwa warkocze, zakończone fantazyjnymi kokardkami, o niebieskich oczach i małej bliźnie na brodzie. Blizna była efektem zabawy w ganianego na szkolnym korytarzu, podczas przerwy pomiędzy lekcjami. Bożenka biegła, ktoś jej podstawił nogę i broda rozcięta. Kilka dni chodziła z opatrunkiem na zszytej brodzie, i do tej pory jeżeli się przyjrzeć dokładnie, można zauważyć małą bliznę, która nie szpeci a wręcz przeciwnie dodaje jej uroku. Dopiero będąc w szóstej klasie, stwierdził, że dziewczyny wcale nie są takie złe i można z nimi nie tylko o kwiatkach porozmawiać. Będąc w siódmej zauważył, że Bożenka nabrała wyraźnie kobiecych kształtów i nie nosi już warkoczyków a jej jasne włosy, przycięte do ramion, lśnią w słońcu. Wpatrywał się w nią jak wół na malowane wrota i milczał. Milczał nawet wtedy kiedy ją odprowadzał po lekcjach do domu. Nie bardzo wiedział co takiemu bóstwu można powiedzieć. Śmiała się z niego jej siostra Blanka, kiedy przyszedł odwiedzić Bożenkę gdy ta zachorowała. Zły był na tego piegowatego rudzielca i najchętniej by go udusił. Dopiero po latach dowiedział się, że jego uczucie było odwzajemnione, tylko dwie sieroty nie bardzo wiedziały co z tym fantem zrobić. I do końca nic nie zrobiły. On dostał się do Technikum, Bożenka do Liceum. On musiał dojeżdżać do szkoły na drugi koniec Lublina, ona miała Liceum 500 metrów od domu. Któregoś dnia zobaczył ją z okna autobusu i serce mocniej mu zabiło. Pierwsza miłość nie rdzewieje, pomyślał i wspomnienia wróciły jakby wszystko wydarzyło się wczoraj.

Pierwsza klasa Technikum Łączności, do którego złożył dokumenty, była dla niego niezłą próbą ognia. Poziom nauczania w Szkole Podstawowej, do której uczęszczał był niski i pomimo bardzo dobrych ocen na jej zakończenie, w Technikum miał problemy z matematyką, fizyką i chemią. Dopiero kilka dodatkowych lekcji, w miarę wyrównało jego wiedzę o przedmiotach ścisłych i problem z nimi przestał istnieć.

Szkoła była w zasadzie męska. W zasadzie, ponieważ tylko jedna klasa o profilu radiowo-telewizyjnym była koedukacyjna. W jej skład wchodziło kilka dziewcząt, które były ozdobą typowo jak na te czasy męskiej szkoły. Pięć klas pierwszych; dwie teletransmisyjne, elektroniczna, radiowo-telewizyjna i jego o specjalności telekomutacja. Każda po 4o uczniów, nic dziwnego, że od następnego roku dyrekcja postanowiła utworzyć dodatkową klasę dającą tytuł technika automatyki przemysłowej. Zrobiło się luźniej. Z każdej klasy chętni zasilili nową klasę i w ich klasie zostało ich tylko 34 chłopa.
We czterech utworzyli grupę wsparcia. To wsparcie polegało na udostępnianiu prac domowych do wzajemnego powielania. On, Jurek, Marek i Waldek. Silna grupa pod wezwaniem. On pisał wypracowania, Marek jako ścisły umysł rozwiązywał zadania matematyczno-fizyczne a Waldek przepisywał wszystko jak leci. Siedział z Jurkiem w pierwszej ławce, przy samej katedrze i wszelkie prace klasowe pisali wspólnie, wspierając się swoją wiedzą. Wiadomo, pod latarnią najciemniej. W klasie trzeciej rozpoczęli współpracę na polu towarzyskim od uczczenia święta 1-go Maja udziałem w pochodzie, by zgodnie zakończyć go na werandzie jego domu, świętując 18 – te urodziny gospodarza. Zakończenia imprezy nie pamiętał, widocznie zakąski mu zaszkodziły. Koledzy organizowali wieczorki taneczno – literackie, przy czym książka musiała mieć objętość co najmniej 0,5 l oraz posiadać 40 % treści. Dobrze widziana była poezja 96%. W kwietniu 1972 roku zaprosił go na swoje imieniny Jurek, oczywiście z osobą towarzyszącą. I tutaj zaczęły się schody. Spotykał się wcześniej z dziewczyną z podlubelskiego Mętowa, ale nic z tego nie wyszło i wyraźnie brakowało mu osoby towarzyszącej. Dosyć szczególny przypadek rozwiązał jego problem. A może tak właśnie miało być, może ktoś to wszystko sobie zaplanował ?
Pewnego dnia poszedł na przystanek autobusowy, aby dostać się do centrum miasta. Na przystanku spotkał Bożenkę. Jechała do swoich dziadków zawieźć im obiad. Nie rozmawiali ze sobą trzy lata i trzy lata ich drogi ani razu się nie skrzyżowały, chociaż mieszkali od siebie dwie ulice dalej. Śpieszyła się a właśnie jej trolejbus nadjechał, ale zaprosiła go by ją odwiedził. Umówili się na następny dzień. Zastanawiał się tylko, czy zechce pójść z nim na prywatkę do Jurka.

Drzwi otworzyła Blanka. Stał naprzeciwko ładnej dziewczyny, która mało przypominała piegowatego rudzielca z warkoczykami, jakiego pamiętał.
– Cześć…wchodzisz, czy będziesz tak stał ? – spytała filuternie
– Cześć…wchodzę, jeżeli można – odpowiedział niepewnie, trochę zaskoczony jej widokiem.
W drzwiach dużego pokoju, przywitała go mama dziewcząt. Wymienili kilka słów, a w zasadzie on odpowiadał na zadawane pytania; Co u ciebie słychać? Dawno cię nie widziałam. Jak się czuje twoja mama?. Obydwie panie znały się dobrze ze szkolnych wywiadówek, na których z reguły siedziały w jednej ławce.
Odpowiadał zdawkowo, czuł się trochę zakłopotany, przecież przyszedł porozmawiać z Bożenką a nie z jej mamą.
Wszedł do pokoju dziewcząt. Na krześle przy biurku siedział chłopak. Znajoma twarz, chodził do tej samej szkoły co cała trójka, ale osobiście go nie znał.
– Poznajcie się, jeżeli się nie znacie … powiedziała Blanka. Podali sobie ręce wymieniając imiona. Andrzej chodził z Blanką do jednej klasy a teraz uczy się w tym samym liceum co Bożena, tylko oczywiście o klasę niżej. Nie bardzo wiedział do której z nich Andrzej przyszedł i w związku z tym dłuższą chwilę trwało zanim zaczęli rozmawiać normalnie. Blanka podtrzymywała całą rozmowę, nie ukrywając, że bardzo ją bawi cała sytuacja. Po jakimś czasie Andrzej wyszedł i dopiero wtedy wróciła mu pewność siebie. Wiedział już, że tamten jest chłopakiem Bożeny, więc z zaproszenia na prywatkę do Jurka najprawdopodobniej nic nie wyjdzie. I znowu Blanka uratowała sytuację. Zaczęła go kokietować i sprowokowała go do zaproszenia ją na randkę. Wtedy spytał się, czy zechciałaby z nim pójść do kolegi na imieniny … chętnie – odpowiedziała. Umówili się, że przyjdzie po nią w sobotę o 18.

Był 20 kwiecień 1972 roku. Dzień w którym miał już dziewczynę, chociaż jeszcze o tym nie wiedział. Dziewczynę, która związała z nim swój los aż do swojej śmierci. Cztery kolejne prywatkowe soboty należały do nich. Później spotykali się raz w tygodniu. Chodzili na spacery, głównie po okolicznych uliczkach, które już znali na pamięć. Czasem wychodzili do kina, przeważnie w niedziele. W niedziele również spotykali się w kościele na mszy dla młodzieży. Specjalnie dla niej zaczął chodzić do kościoła. Nie był fanatycznym wyznawcą katolicyzmu, chociaż wychował się w tej religii. W Boga wierzył, ale nie wierzył w księży. Nie wierzył również Świadkom Jehowy, a znał ich dobrze, ponieważ jego ojciec kilka lat temu przyłączył się do nich i z gorliwego katolika stał się gorliwym świadkiem. Po mszy krótki spacer we czwórkę, razem z Bożeną i Andrzejem. Dziewczęta były krótko trzymane przez ich mamę. Randki góra dwugodzinne, chyba że wychodziły do kina, to wtedy trochę dłużej. Do ich domu przychodził dopiero wtedy, kiedy Blania zachorowała, albo mieli wyjść gdzieś na dłużej. Dopiero po wakacjach, kiedy obydwoje zaczęli przygotowywać się do matury, pod pretekstem wspólnej nauki mogli widzieć się częściej. Pomagał jej poznać zawiłości matematyki, co przychodziło mu zresztą dość opornie. Po pierwsze, dla młodych ludzi było inne o wiele atrakcyjniejsze zajęcie niż liczenie sinusów i cosinusów, a po drugie Blania miała humanistyczny umysł i dla niej funkcje trygonometryczne były czarną magią. Czasami chodzili na wspólne wagary. Wędrowali wtedy trzymając się za ręce po Ogrodzie Saskim i rozgarniali nogami żółto – czerwone dywany liści. Do tej pory ma przed oczami widok zasypanego kolorowym kobiercem parku, po nocnym, silnym przymrozku.

Zbliżająca się matura, to wiadomo… studniówka. A czekały ich dwie, najpierw była u Blanki, gdzie jej liceum wynajęło salę gimnastyczną od zaprzyjaźnionej szkoły podstawowej. W sali odbywała się zabawa, natomiast konsumpcja na korytarzu. Jeden długi stół zestawiony z pojedynczych stolików zapewniał wspólne ucztowanie uczestników zabawy. Menu jakie zaserwowano młodzieży było łatwe do zapamiętania, tym bardziej, że bigos z serdelową na gorąco zaszkodził jego partnerce. Dobrze, że jego przyszły teść miał ukrytą w szatni odtrutkę, więc wszystko skończyło się na strachu.
W jego technikum, każda klasa maturalna wykonała we własnym zakresie na szkolnym korytarzu oddzielny boks, fantazyjnie ozdobiony satyrycznymi rysunkami przedstawiającymi życie szkoły. Oczywiście nie zabrakło karykatur ciała pedagogicznego, w tym ulubionych profesorek; jego polonistki i Jurka nauczycielki od historii. W tamtych czasach wyszynk był niedozwolony i prawie wszyscy bawili się na trzeźwo. Byli oczywiście zwolennicy wody rozmownej, ale musieli ją przyjmować szybko, bez degustacji, w oszałamiających zapachach szkolnego WC. Klasa Vk i zaproszone przez nią dziewczęta bawili się bardzo dobrze bez udziału trunków, co nie przeszkodziło na następny dzień zorganizować studniówkowe poprawiny w ściślejszym gronie przyjaciół, gdzie wyszynk był obowiązkowy.
Egzaminy maturalne minęły bez większych przeszkód, co prawda przez własny upór język polski zdał na tróję. Egzamin pisemny oceniono na piątkę, ale na ustnym dyrektor szkoły będący w komisji kazał mu powiedzieć modlitwę Pańską. Dyrektor znany był ze swoich poglądów, ostatecznie był sekretarzem POP w Zespole Szkół. Zaparł się i pomimo gestów ze strony polonistki, nie powiedział. Obniżono mu za to ocenę do trójki.

Bożenka rok wcześniej zdawała na Polonistykę, ale zabrakło jej kilka punktów, żeby znaleźć się na liście przyjętych. Poszła do pracy i przygotowywała się do egzaminu w następnym roku, w tym w którym on i Blania kończyli naukę na poziomie średnim. Namawiała jego i swoją siostrę żeby również składali dokumenty na lubelski UMCS i nawet je pobrali, ale w końcu zdecydowali, że pójdą najpierw do pracy a o studiach pomyślą później. Bożena i Andrzej dostali się na Pedagogikę a oni po krótkich, miesięcznych wakacjach poszli do pracy.
2 lipca 1973 roku Blania po raz pierwszy jako pracownica, otworzyła drzwi Urzędu Pocztowego Lublin 10 a on wszedł do pomieszczeń Centrali Telegraficznej Okręgowego Urzędu Telekomunikacji Międzymiastowej, gdzie po trzymiesięcznym stażu został konserwatorem urządzeń teletechnicznych z wynagrodzeniem 1650 zł. miesięcznie. Poczta i Telekomunikacja były wówczas najgorzej opłacanymi zakładami pracy w Polsce. Ale dla nich to były własne, samemu zarobione pieniądze. Czuł się jak bogacz przez dwa tygodnie, drugie dwa już takie wesołe nie były, czuć je było malizną. Podobała mu się jego praca. Na salach było czysto i schludnie. Urządzenia zamontowane na stojakach, na parapetach kwiaty, akwarium z rybkami a przy drzwiach wejściowych olbrzymia palma. Praca w białym fartuchu i ciapach. Kurz dla urządzeń mocno niewskazany, więc odkurzacz miał zajęcie non stop. Nocne burze tylko dokuczały mocno, ponieważ z każdym wyładowaniem atmosferycznym odzywały się wszystkie wybieraki naraz, kiedy powstałe przepięcia zmuszały je wszystkie do startu powodując przy tym alarm na centrali.

Na początku kwietnia 1974 roku Urząd wysłał go na szkolenie konserwatorów central telegraficznych do Gdańska. Kurs trwał sześć tygodni i odbywał się w budynku Poczty Gdańskiej, tej samej co tak dzielnie się broniła przed atakiem wojsk hitlerowskich w 1939 roku. Z Lublina pojechało dwóch kursantów; on i Staszek. Obydwaj wspólnie pełnili dyżury. On na Centrali, Staszek na Wielokrotnej. Wielokrotna było to takie miejsce, gdzie sygnały z linii przekształcane były na różne częstotliwości i wychodziły w świat. W ten sposób na jednym kablu mogły być przesyłane dziesiątki różnych połączeń. Na kursie uczono ich tego co już wiedzieli, więc nic dziwnego, że zajmowali się chętniej czym innym niż nauką. Tym bardziej, że w ich dziedzinie pracowały również kobiety. Mało tego, jednocześnie z ich szkoleniem odbywało się szkolenie telegrafistek, czyli pań obsługujących dalekopisy. W związku z tym stosunek wszystkich kursantek do kursantów wynosił około 3:1. Nudno w każdym bądź razie nie było.

Przez sześć tygodni poznał Trójmiasto dokładnie. Wszystkie uliczki Starego Miasta przeszedł kilkadziesiąt razy. Wiedział, gdzie jest jaki sklep, która kawiarnia jest dobra, a która taka sobie. Molo w Sopocie odwiedzał o każdej porze dnia i nocy. W Gdyni mieli zajęcia praktyczne, więc również poznał ją jak swoją własną kieszeń. Na Stogach zbierał bursztyny, włóczył się po miejscach, gdzie trzy i pół roku wcześniej wybuchły protesty robotników, zwane wydarzeniami Grudnia 70. Budynek Komitetu Wojewódzkiego nosił jeszcze ślady płomieni jakie go ogarnęły w tamtym czasie, podobnie jak budynek Dworca Głównego PKP.

Pisał do Blani często. Kartki wysyłał codziennie, pilnując aby żadna się nie powtórzyła. W listach opisywał gdzie był i co widział. Streszczał jej każdy dzień i tęsknił. Brakowało mu jej szczebiotu i śmiechu. Chciał trzymać ją za rękę i iść wzdłuż Zatoki przed siebie, by sprawdzić co jest za zakrętem. Pochylać się i zbierać żółte okruchy, które morze wyrzuciło na brzeg podczas sztormu. Pragnął z nią być tu i teraz…i był. Teraz w myślach, a za dwa lata w rzeczywistości. Spędzą dwa tygodnie na wczasach, mieszkając na gdańskich Stogach.
W jednym z listów, które dostał od Blani, na kilka dni przed powrotem do Lublina napisała, że tęskni, że nie może się doczekać jego przyjazdu i że chce z nim być. Więcej mu do szczęścia nie było potrzeba. Przyjechał do Lublina w niedzielę. Pociąg wlókł się siedemnaście godzin odwiedzając po drodze mazurskie kurorty. Włóczęga Północy, tak go wszyscy nazywali jechał z Lublina do Gdańska zahaczając o Olsztyn i Giżycko. Zatrzymywał się na każdej stacji i odstraszał długością podróży jadących na nadmorski wypoczynek. Woleli jechać z przesiadką w Warszawie ale oszczędzając przy tym połowę czasu. Nie wyobrażał sobie zresztą siedemnastogodzinnej jazdy na stojąco. Teraz jechał w drugą stronę a mimo to czas podróży się nie zmienił. Podjechał taksówką pod dom. Kiedy wysiadł z niej zobaczył Blanię, jak szła z Bożeną i Andrzejem. Wracając z kościoła zrobili jak zwykle kółeczko po uliczkach. Przywitali się i umówili na popołudniowe spotkanie. W domu wziął kąpiel i położył się do łóżka. Nawet nie wiedział kiedy zasnął. O piętnastej obudziła go matka na obiad. Zjadł szybko, zdawkowo odpowiadając na jej pytania, ubrał się i wyszedł z domu. Była połowa maja i wiosenne powietrze nasycone zapachem kwitnącego bzu w ogrodzie oszołomiło go. Zerwał spory bukiet kolorowych gałązek i poszedł na spotkanie z kobietą swojego życia.

– Hary

footprint-in-the-sand-1278354_960_720

Kobieta z klasą…

Co to znaczy być kobietą z klasą ? Co to znaczy być damą we współczesnym świecie ? Co znaczy być atrakcyjną, ambitną i inteligentną ? Pytań wiele, a odpowiedzi na nie, pewnie jeszcze więcej. Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie i zresztą nie bardzo wiem jakiego rodzaju specjalista mógłby zabrać głos w tej sprawie, ale czytając wiele mądrych i mniej mądrych wypowiedzi na ten temat, postanowiłem również wtrącić swoje trzy grosze.

„Kobieto puchu marny…” pisał już w czasach Romantyzmu Adam Mickiewicz i miał ku temu powód. Wkładając ten monolog w usta Gustawa, bohatera Dziadów wypowiadał swoje zdanie na temat pewnej Maryli, która odtrąciła jego starania, wybierając na męża bogatego arystokratę. Atrakcyjna pewnie była, skoro nasz kochliwy wieszcz wodził za nią oczami, ambitna również, ponieważ nie widziała siebie jako żonę biednego poety a inteligentna na tyle, żeby wiedzieć co wybrać. Czy w związku z tym była damą? Nie mam pojęcia jak podchodzili wówczas do bycia damą inni, wiem natomiast jak reagują na status kobiety współcześni znawcy tego tematu. Wystarczy popatrzeć i posłuchać niektórych przedstawicielek naszego narodu w miejscu ich pracy, a obraz piękniejszej części naszego społeczeństwa będziemy mieć jak na dłoni. Wszystkie, a na pewno prawie wszystkie za damy się uważają, ale niestety duża część nimi nie jest. Do bycia damą potrzeba tego coś, czego w kuluarach sejmowych się nie znajdzie. To się wynosi z domu, ze sposobu wychowania, oraz sposobu bycia. Nie wystarczy używać wachlarza, żeby z tzw. „baby z magla” stać się damą.

W poradnikach internetowych pod hasłem – Jak być damą – występuje jedna zasada określona jako WDB, czyli Włosy, Dłonie i Buty. Włosy mają być lub chociaż sprawiać wrażenie, że są codziennie modelowane. Co ma być pod włosami, tego się nie doczytałem, widocznie nie ma to szczególnego znaczenia. Dłonie zadbane z nie za długimi paznokciami, wypielęgnowane, czyli sprzątaczka damą być nie może, nawet jeżeli będzie pracowała w rękawiczkach. Buty nie mogą mieć śladów znoszenia, mają wyglądać jak nowe. Mają być eleganckie, najlepiej klasyczne. Żadne pepegi albo inne sandałki nie nadają się do noszenia przez damy.

Ze swojego otoczenia wybrałem dwie kobiety, które bardzo dobrze znam. Obie są w jednym wieku, mają podobne figury i obie mają zadatki na bycie damami. Jeżeli spojrzę na zasadę WDB od razu widzę, która jest damą, a która nią nie jest. Tylko, że w rzeczywistości jest na odwrót. Pierwsza jest blondynką ze średniej długości włosami, często zebranymi w kucyk, ubrana często w kolorowy t-shirt i dopasowane jeansy. Pracuje w aptece, jest bardzo miła i o wszystkim można z nią porozmawiać. Nikogo nie ocenia, bo jak mówi, każdy jest inny i tą inność należy uszanować. Na pierwszy rzut oka widać, że jest inteligentna, ambitna również ponieważ pomimo dwójki dzieci jakie urodziła, dokształca się by wiedzieć więcej. Maluje się delikatnie, dyskretnie tuszując malutką bliznę nad okiem. Ślad po dziecięcych zabawach i drewnianym klocku, jak sama powiada. Do pracy jeździ autobusem, mają co prawda samochód, ale taniej ją kosztuje bilet miesięczny niż paliwo, no chyba, że musi coś załatwić w kilku miejscach, wtedy wybiera auto.

Druga jest brunetką, ale taką brunetką, że czarniejszego koloru już nie ma. Ubrana w eleganckie ubrania dominujące również czernią, dużo koronek, najmodniejsze buty, przeważnie szpilki, wymieniane na zgrabne pantofle w momencie, kiedy wsiada za kierownicę czarnego Audi. Jest właścicielką kilku sklepów z damską bielizną. Zasada WDB zgadza się na pierwszy rzut oka. Kiedy zaczyna rozmowę pierwsze wrażenie bierze jak to mówią w łeb. Wyrzuca z siebie potok słów, które damom na pewno nie przystoją. Innych traktuje z góry, wręcz z pogardą. Wszyscy dookoła są nieudacznikami, są niewdzięczni, podstępni i wręcz nie zasługują na uwagę. Ona co innego. Wszystko zawdzięcza swojej inteligencji i ambicji, a że jest atrakcyjna widać przecież na pierwszy rzut oka.

Istniej taki stereotyp, że piękna kobieta jest głupia, że poświęca się tylko swojej urodzie, nie włączając mózgu, o ile taki ma. Nikt nie widzi, że nie tylko maluje swoje paznokcie ale swoją wiedzą i intelektem potrafi zagiąć niejednego śliniącego się na jej widok gościa, który o niej marzy, ale i tak jej nie wybierze. Kobieta z klasą jest dla niego niebezpieczna. Jest za mądra, w dodatku ma swoje pasje i co najgorsze, własne zdanie i niekoniecznie żyje według zasady WDB.

Różne są kobiety. Jedne są damami, inne bardzo by chciały nimi być. Jedne dadzą się lubić od pierwszej chwili znajomości, inne przez lata nie są w stanie zdobyć uznania. Jak to z ludźmi bywa. Z facetami bywa podobnie. Jeden chce być prawdziwym mężczyzną i nigdy się nim nie stanie, a drugi od urodzenia jest facetem z krwi i kości. Ale o tym może następnym razem.

– Hary
woman-817738_960_720

Dwudzieste piąte marzenie…

Dwudzieste piąte, dlatego żeby nikt mnie nie posądził o przywłaszczenie sobie pomysłu na marzenia. Niejedno z nas pewnie doświadczyło w swoim życiu chęci zostania kimś. Kimś… to nie znaczy, że mam na myśli kogoś wysoko postawionego, tylko zdobycie jakiegoś upragnionego zawodu, albo zrealizowania swojej pasji. Ile razy spotkaliśmy się z namawianiem nas przez innych do dania sobie spokoju z naszym pomysłem na życie? Po co ci to?…ile razy usłyszeliśmy od kogoś bliskiego? Nie masz się czym zająć?…krowy wygoń na pastwisko, ktoś inny zadrwił. Wtedy zaczynamy zastanawiać się nad tym, czy aby oni nie mają racji . Może tylko nam się wydaje, że potrafimy np. rzeźbić, albo układać wyrazy na tyle składnie, by napisać bestseler na miarę Harry Pottera. Ile razy słyszeliśmy…daj spokój, do tego trzeba mieć znajomości, bez dobrych pleców nic nie osiągniesz… No i opadają ręce niedoszłym projektantom, architektom, artystom, muzykom czy poetom. Zaczyna brakować im uporu i chęci walki o siebie. Posłuchali innych, chociaż serce im pęka, że nie robią tego co kochają. Zostają lekarzami bez zainteresowania tym, co mogą zrobić dla innych, prawnikami bez kręgosłupa, aby tylko wziąć honorarium za poświęcony czas, czy politykami bez krzty rozumu. A mieli szansę stworzyć coś co by dawało im radość i satysfakcję… że jednak potrafią.

Są jeszcze inni wśród nas. Tacy co bardzo chcą, ale ich stan fizyczny im na to nie pozwala. Czy oby na pewno ? Jedno co jest pewne to to, że chcieć to móc. Wiem, że są tacy, co nawet jak bardzo będą chcieli, to nie będą w stanie móc, ale są również tacy co mimo różnych trudności osiągnęli coś w swoim życiu lub są w trakcie tego osiągania. Znam kilkoro takich ludzi osobiście, znam kilkoro z filmów i artykułów zamieszczanych w środkach masowego przekazu. Przed jednymi i drugimi chylę czoła, ponieważ zasługują na szacunek za dążenie do celu po jakże wyboistej drodze.

Nie cierpię słowa niepełnosprawność, szczególnie w naszym kraju, gdzie to pojęcie kojarzy się z osobą „gorszą” od tzw. normalności. Pozbywając się barier utrudniających życie innym, powinniśmy mieć tę ideę w sercu, a nie tylko robić to co wypada, albo jest modne w danym momencie. Dopóki niepełnosprawność nie stanie się czymś normalnym, czymś co istnieje w każdym zakątku ziemi i dopóki będzie traktowane jako kara za grzechy, sami będziemy stawać się osobami niepełnosprawnymi, w najgorszym tego słowa znaczeniu.

Jest wśród moich facebookowych znajomych pewien dwudziesto-dwu letni mężczyzna. W porównaniu ze mną, to jeszcze młody chłopak. Dostałem pozwolenie od niego na opisanie fragmentu jego historii, chociaż pewnie prawie wszyscy ją znają, w szczególności ci co oglądali o nim film w TVP lub czytali poświęcone jego osobie artykuły. Paweł Majerczyk, bo o nim mowa, sam się przedstawia jako Pan Charlie i jest właścicielem własnej metody na realizację swoich marzeń. Prowadzi swojego bloga i własny kanał na YouTube pod tym właśnie nickiem. Od 9 roku życia brał udział w konkursach plastycznych z których przywoził wyróżnienia i nagrody. Interesuje się modą i sam projektuje kolekcje wg zasady, że moda jest dla każdego, bez względu na tuszę, urodę i sprawność. Drugą pasją Pawła, zresztą powiązaną z modą jest makijaż. Moim zdaniem o wiele trudniejszą niż projektowanie ubiorów, ale zaznaczam, że to jest tylko moje zdanie. Pan Charlie wszystkie swoje prace wykonuje, można by rzec własnoręcznie. Można, ale nie będzie to zgodne ze stanem faktycznym. Ten młody artysta i pasjonat w jednej osobie, od urodzenia jest chory na wrodzoną sztywność stawów. Wszystko co robi, robi przy pomocy ust, specjalnie przystosowanymi narzędziami. Pracuje na komputerze, na telefonie, rysuje projekty, maluje oczy i usta kobietom. Przeciętny facet, pewnie załamałby się gdyby mu przyszło zrobić makijaż swojej dziewczynie, a tym bardziej, gdyby musiał to zrobić trzymając pędzelek w ustach.

Jak sam powiada, jeżeli ma się marzenia to należy o nie walczyć, nie odpuszczać pomimo niepowodzeń. Bo tylko marzenia i pełna determinacja w ich realizacji mogą przynieść sukces i zadowolenie. Nie będę opisywał jego udziału w reality show bo na ten temat napisano już wiele, nie będę również powtarzał tego wszystkiego co już o nim napisano, ponieważ Paweł jest normalnym człowiekiem. Ma swoje marzenia i je realizuje. Stworzył swoją markę „Charlie’s Atelier” i poświęca się swojej pasji, przy okazji dając światu to czego świat od niego oczekuje. Mogę śmiało powiedzieć, że mnie tego zabrakło co ma w sobie Paweł…wytrwałości. Kto wie czym bym się dzisiaj zajmował? Od młodych lat marzyłem o pisaniu książek, takich które inni będą chętnie czytać. No cóż… nie zostałem pisarzem.

Życzę Tobie Pawle, aby książka życia którą piszesz miała wiele stron. Stron ciekawych, pełna wartkiej akcji i aby do ostatniej strony nikt nie domyślił się jej zakończenia. Opisuj swoje pasje słowem, muzyką a przede wszystkim sercem, bo stamtąd pochodzi siła jaką posiadamy.

– Hary

seedling-3653_960_720

Opowieści Szeherezady…

Pamiętam ze swojego dzieciństwa oraz z czasów kiedy moje dzieci były jeszcze kilkuletnimi brzdącami baśnie z Księgi tysiąca i jednej nocy. Często czytałem im do poduszki opowieści o Alibabie i czterdziestu rozbójnikach ( Andrzej Zaucha śpiewał znaną piosenkę o nim ), Przygody Sindbada Żeglarza, czy o Aladynie i jego czarodziejskiej lampie. To było kiedyś, teraz wszystko co kojarzy się z krajami arabskimi jest pełne strachu, nienawiści oraz zła. Kraina baśni zamieniła się w Imperium śmierci a mieszkańcy tych obszarów w ambasadorów zagłady, szczególnie wtedy kiedy pojawią się w bogobojnej, sprawiedliwej i prawej Europie. Podobnie było z murzynkiem Bambo, afrykańskim chłopcem, który nie dość, że sam był czarny to na dodatek uczył się z murzyńskiej czytanki. Teraz słowo murzyn jest niepoprawne politycznie, a Bambo o ile taki istnieje, nie dostanie zaproszenia do wspólnej nauki w szkole, w naszej wspaniałej szkole. Bambo jest niebezpieczny. Bambo podobnie jak Sindbad niesie śmierć i zniszczenie. Wiedzą o tym szczególnie nasi włodarze, którzy ewentualnych przybyszów z tamtych stron najchętniej zamknęliby w obozach kontenerowych otoczonych drutem kolczastym, bo przecież współczesny Bambo i Sindbad są nosicielami strasznych zaraźliwych chorób, nieszczególnie pachną i w dodatku na pewno mają przy sobie nóż do podrzynania gardeł, albo są przepasani pasem samobójców. Nawet małe dzieci w Polsce już o tym wiedzą i poznając się na rzeczy, inaczej nie nazwą swojej koleżanki o śniadej cerze jak arabuska lub terrorystka. Przybywające do cywilizowanej Europy zło musimy tępić w zanadrzu, chociażby nie wpuszczając do autobusu kolorowego pasażera, czy bojkotując obrzydliwego kebaba, danie pochodzące z samego piekła, a doprawiane osobiście przez Belzebuba. Nasz Minister od Spraw Wewnętrznych dobrze o tym wie i najchętniej zachowałby się jak Karol Młot, książę Franków, który w 737 roku pokonał muzułmanów i wypchnął ich za Pireneje. Nie wspomniał jednak o odmowie przez niego pomocy ówczesnemu papieżowi Grzegorzowi III, który notabene z urodzenia był Syryjczykiem. Widocznie to było przyczyną niełaski w oczach Ministra. Drugiemu, już wiceministrowi wymsknęło się słowo uchodźca, ale szybko je poprawił na islamista. Uchodźca brzmi zbyt delikatnie, natomiast islamista to już wiadomo bez tłumaczenia, kto to zacz. Jeszcze inny minister, który na dodatek jest wicepremierem, kilka lat temu wypowiadał się o muzułmanach jako o naszych braciach w wierze, mających wspólnego protoplastę Abrahama. Dzisiaj obecną sytuację w Europie nazywa jej zagładą, a tych samych muzułman złem na niespotykaną skalę. Nawet przemówienie naszej Prime Ministry w obozie zagłady Auschwitz było dwuznaczne.
Właśnie dzisiaj obchodzone jest w kościele katolickim Święto Bożego Ciała. Obchodzone raz do roku a nie co miesiąc. Wierni biorą udział w licznych procesjach i oddają cześć ofierze ciała i krwi Jezusa. Jezusa, który nauczał nas o miłości do bliźniego, o wybaczaniu i o pomocy potrzebującym. O tej pomocy niejednokrotnie wspominał również obecny Papież Franciszek, nazwany przez jednego z prawicowych dziennikarzy „idiotą”. Widocznie on sam uważa się za tego, który ma prawo sądzić innych. No cóż, jeżeli tak uważa, to mu z całego serca współczuję. Bo współczucie jest również tym o czym nauczał Zbawiciel. Ja tam będę czytał baśnie arabskie, ponieważ są mądrzejsze od niejednego tekstu jakiegoś tam dziennikarzyny. A jeżeli chodzi o braci w wierze, życzę im wszystkiego najlepszego z okazji Ramadanu. Co prawda już się powoli kończy, ale lepiej późno niż wcale.

– Hary

religion-2049166_960_720

Mroczny przedmiot pożądania…

Pożądanie…większość z nas kojarzy sobie ten stan z relacjami damsko – męskimi. Jednakże te emocje dotyczą również innych dziedzin naszego życia, z którymi spotykamy się na co dzień. Pożądamy wszystkiego, może to być nowe auto, telewizor na całą ścianę w salonie o powierzchni 25 metrów. Własne mieszkanie lub domek w willowej dzielnicy, koniecznie ze szczelnym ogrodzeniem i gotowym żywopłotem wysokim na 2,5 metra, żeby sąsiedzi nie zobaczyli przypadkiem co robimy na własnym podwórku.
Jeżeli mieszkanie w bloku, to oczywiście na ogrodzonym osiedlu, do którego nikt niepowołany nie ma prawa wstępu. Kilka alejek betonowych, kawałek parkingu, trawa przed blokiem i plac zabaw dla dzieci, Na drzewa nie ma miejsca, a jeżeli deweloper je już posadzi, to w wersji oznaczanej symbolem S, żeby broń Boże nie zasłonić widoku na bramę wjazdową i żeby ptaki nie miały gdzie siadać, bo wiadomo parking plus ptaki, równa się kupie nieszczęścia na maskach samochodów.
Dzieci na takim zamkniętym osiedlu to kłopot, a szczególnie nie nasze dzieci. Nasze są grzeczne, ale cudze to złośliwe bachory. Hałasują, a właściwie piłują swoje małe gębusie tak, że w pogodne dni nie można oka poćwiczyć po smacznym obiadku. Na dodatek któreś z nich wpadło na pomysł namalowania kredą właśnie przed naszą klatka schodową kolorowego obrazka przedstawiającego cały zwierzyniec zamieszkujący lasy deszczowe w Amazonii.
Oczywiście cały obrazek mamy na własnych podeszwach butów, które kosztowały circa 600 złotych i pomazany biały gres w przedpokoju, o cenie którego nie wspomnę. Co prawda Samorząd Mieszkańców na ostatnim zebraniu ustalił regulamin podwórka, ale jakoś nikt nie respektuje jego paragrafów. Nie można grać w piłkę, a grają. Nie można deptać trawników, a depczą. Nie wolno szczekać psom po 22, a te kundle szczekają, mało tego, te obszczymurki paskudzą wszędzie a w szczególności na trawnikach. Koty, zakała osiedlowych piaskownic nie podporządkowują się zaleceniom i łażą gdzie chcą i jak chcą. Z całej radości zamieszkania na osiedlu został tylko sąsiad Józek z naprzeciwka z którym można chociaż Neospasminy się napić i ponarzekać na dolę porządnych ludzi.

Bardzo często sami swoje marzenia zamieniamy w koszmar. Koszmar, który niejednokrotnie stwarzamy sobie własnym postępowaniem. Nie tylko sobie, ale i innym wokół nas. Z prywatności, którą chcemy tak bardzo zachować, tworzymy osiedlowe getta, terroryzując współmieszkańców swoimi zakazami i nakazami.
Wiem, że czasy się zmieniają, niestety nie zawsze na lepsze. Jako dziecko grałem z kolegami w piłkę na swojej ulicy. Fakt, że samochód przejeżdżał co 20 minut, a teraz bywa, że co 20 sekund. Kiedy chcieliśmy pograć na boisku, szliśmy do którejś ze szkół. Teraz w jednej jest Orlik i wstęp tylko wtedy, gdy nikt boiska nie wynajmuje a w drugiej na boisku utworzono plac manewrowy dla Szkoły Nauki Jazdy. Wiadomo czynnik ekonomiczny zwyciężył.

Zadam w takim razie retoryczne pytanie. Gdzie mają bawić się dzieci i grać w piłkę? Gdzie mają wyprowadzać swoich czworonożnych pupili? Gdzie mają uczyć się żyć we wspólnocie?
Po prostu nigdzie nie wychodzą. Siedzą w domu i lukają w ekran komputera lub smartfona, który właśnie dostali z okazji komunii i całą wspólnotę mają tam, gdzie większość rodziców. Taki Pokemon ani nie szczeka, ani nie robi kup w piaskownicy. Jest tak grzeczny, jak grzeczne powinny być dzieci postępując zgodnie z regulaminem osiedla wymyślonym przez dorosłych.

Można jeszcze jednej rzeczy pożądać a jest nią… władza. Lubimy rządzić innymi, w szczególności my, Polacy. Często jest tak, że zwykłemu kierownikowi zmiany wydaje się, że jest co najmniej prezesem spółki Skarbu Państwa. Mało tego, taki delikwent bardzo lubi pokazać swoją wyższość wydając czasem dziwne polecenia, które nie mają związku z wykonywaną pracą, ale za to tworzą wrażenie typu: panie majster, taki zap***dol, że nie ma kiedy taczki załadować.
Bardzo często władza poraża i przeraża. Poraża tym, że wyraz twarzy takiego władcy, zmienia się z powiedzmy inteligentnego, na barbarzyński delikatnie mówiąc, a przeraża tym, że często sami wybieramy sobie takich władców.
W takim razie jeżeli już musimy czegoś pożądać, to bezpieczniej będzie skierować swoje żądze ku jaśniejszej stronie mocy. Czego sobie i Wam wszystkim życzę.

– Hary
sexy-2331479_960_720

Mówili na nią Słońce…

Na imię miała Ania, a może Agnieszka, albo Katarzyna … nieważne bo nie o imię w tej historii chodzi. Była filigranową szatynką o brązowych oczach, pięknych, długich rzęsach i trochę zadartym nosku. Była szczęśliwą mamą niespełna trzyletniej córeczki, oraz podobno szczęśliwą żoną. Podobno, ponieważ ona tak twierdziła. Zaraz po ślubie dostali mieszkanie. Jak to załatwiła, wiedziała tylko ona sama. Czasy były takie, że żeby coś załatwić w urzędach trzeba było mieć albo dużo kasy, albo silny dar przekonywania. Mieszkanie było jak to mówią, ciasne ale własne…jeden pokój, kuchnia i niewielka łazienka. Właśnie kończył się jej urlop wychowawczy i chciała wrócić do pracy. Zakład w którym pracowała przed porodem zlikwidował jej stanowisko i musiała szukać znajomości, żeby móc gdziekolwiek się załapać w zawodzie wykonywanym do tej pory. I znalazła … w jaki sposób to zrobiła, wiedziała tylko ona sama.

On pracował od kilku lat w firmie. Lubił swoją pracę i lubił ludzi z którymi się na co dzień w niej spotykał. Miał z nimi dobry kontakt i odnosił wrażenie, że sam jest również przez nich lubiany. Prywatnie był szczęśliwym mężem i ojcem, tak sam uważał i tak sądziło jego otoczenie. Nic nie wskazywało na to, żeby było inaczej.
Pewnego dnia jego bezpośredni przełożony przyprowadził do pokoju w którym pracował uśmiechniętą, ale trochę zagubioną młodą kobietę i stwierdził, że właśnie ona od dnia dzisiejszego będzie z nim współpracowała i ma nadzieję, że będzie to dobra współpraca. I była, polubili się od samego początku i nic ponad to. Ot w wolnych chwilach pogaduszki, chwalenie się dziećmi, wymiana opinii o swoich upodobaniach, muzyce, książkach czy filmach. Jak to w pracy.

Wszystko zmieniło się, kiedy wrócił z urlopu. Spostrzegł, że jego kolega częściej przebywa z nią sam na sam, że kiedy wchodzi znienacka do pokoju odnosi wrażenie jakby im przeszkadzał. Wtedy poczuł ucisk w sercu, dotarło do niego, że jest zazdrosny o koleżankę i że wcale mu nie jest obojętna. Kiedy pewnego dnia zapytał ją, czy po pracy miałaby ochotę na wspólny spacer, nie odmówiła. Po pierwszym spacerze, na którym ją pocałował a ona się nie broniła, były następne. Krótkie bo co najwyżej trzygodzinne wypady do lasu były jedynym wspólnie spędzanym czasem. Było im dobrze ze sobą, ale zdawali sobie sprawę, że to tylko chwila i za moment trzeba wracać do swoich rodzin.
Przez rok jeździli do lasu raz w tygodniu, potem ich prywatne spotkania były rzadsze, aż w końcu po dwóch latach zaprzestali wypadów poza miasto. Nie miała czasu, a to nie miała dziecka z kim dłużej zostawić, a to coś innego jej wypadało. Pracowali nadal razem, ale czuł się coraz gorzej w jej towarzystwie. Wiedział, że ma ją obok siebie, ale ta obecność nie dawała radości, tylko żal. Szalę goryczy przelała wiadomość, że jego Słoneczko jest w ciąży i doskonale wiedział, że on nie ma z tym nic wspólnego. Dowiedział się o tym nie od niej, tylko od innych koleżanek. Poczuł wtedy silny policzek wymierzony przez osobę którą kochał i dla której był gotowy poświęcić wszystko. Czuł się zdradzony i nie uspokajało go to, że zdecydowała się na drugie dziecko z własnym mężem. Kiedy tylko nadarzyła się okazja odszedł z pracy i zmienił ją na inną. Długo trwało zanim rany w sercu się zabliźniły. Nie zapomniał, ale po raz drugi tego błędu nie popełnił, bo zrozumiał, że to był błąd jego życia. Teraz dopiero czuł wyrzuty sumienia, że zdradził żonę i niewiele brakowało a mógłby stracić rodzinę.

Historia taka jak wiele innych, podobnych do niej. Niektóre skończyły się podobnie, inne w gorszy sposób. Opowiedziana przez dobrego znajomego jako przestroga przed szaleństwami, które jesteśmy gotowi popełnić w imię miłości, która bardzo często wcale miłością nie jest. Nie znam relacji drugiej strony tej historii, bo może się okazać, że to nie była jej wina. Z reguły mówi się, że prawda zawsze leży po środku i to jest dobre powiedzenie.
Dlaczego o tym piszę ? Dlatego, że w swoim życiu popełniamy wiele błędów. Popełnia je każdy, ja sam również niejeden popełniłem. Na błędach człowiek się uczy, jedni drugi raz ich nie popełnią, ale są również tacy, którym nauka idzie w las, czasami dosłownie. Jest również inne powiedzenie: tylko ten się nie myli, kto nic nie robi. I to również prawda. Miewamy w swoim życiu Słoneczka, Koteczki, Kwiatuszki czy Miśki, ale pamiętajmy, że one mają również uczucia i nie zawsze to co bawi nas, bawi je również. Temat rzeka, można o nim pisać bez końca. Niejedną powieść na ten temat napisano i niejeden melodramat nakręcono, ale prawdziwe życie to nie powieść ani film, chociaż często fabuła jest podobna. Żyjmy w taki sposób, aby nikt przez nas nie musiał płakać. Ani rodzina, ani żadne Słońce czy Misiek. Nie dopisujmy również nigdy sami swojego zakończenia historii, której w rzeczywistości nie ma. Bo tym możemy również kogoś skrzywdzić. Miłość jest piękna, ale często bywa niełatwa. Wzajemny szacunek i akceptacja drugiego człowieka takim jakim jest, to połowa sukcesu. Nic na siłę, ponieważ nie zmieni się biegu rzeki. Można co najwyżej jej koryto poprawić. I tak jest z drugim człowiekiem. Nie zmieni się całkowicie jego poglądów, przyzwyczajeń i upodobań a jeżeli już, to ta zmiana nie będzie całkiem szczera.

I na zakończenie … powiadają, że nie nauczy cię ojciec, nie nauczy cię matka, tego czego cię nauczy sąsiadka. Każda mądrość ma w sobie coś z autentyzmu, ale miłość to nie tylko riki tiki tak, to nie tylko jej zapach i jej smak. To również brzmienie ciszy oraz kolory tęczy. To zaufanie, wyrozumiałość i wiara. Wiara w drugiego człowieka, podobnego do nas … a jakże innego.

– Hary

morning-2243465_960_720

Tacy byliśmy jeszcze wczoraj…

Kiedy przekroczyłem liczbę lat równą jednostce miary zwanej kiedyś kopą, zorientowałem się, że pojęcie „wczoraj” dotyczy równie dnia poprzedniego co kilkadziesiąt lat wstecz. Jeszcze wczoraj bawiliśmy się wspólnie na podwórku albo w najtajniejszym zakamarku domu, a dzisiaj spostrzegamy, że przeprowadzana jest ścisła inwentaryzacja w naszym roczniku i towarzysze tych zabaw odchodzą jeden za drugim w/g zasad nieznanego nikomu ciągu matematycznego, Nieznanego nikomu z nas, bo jest pewnie Ktoś, kto ten ciąg ułożył.

Kiedy obaj mieliśmy po kilka a później kilkanaście lat, dużo czasu spędzaliśmy na wspólnych zabawach a później marzeniach kim zostaniemy kiedy dorośniemy. Do ukończenia trzech lat mieszkaliśmy w jednym mieszkaniu w samym centrum Lublina w domu przy ulicy Kościuszki. Było ciasno, ale o dziwo wiele pamiętam z tego okresu. Ciocia, na którą mówiłem babciu i cioteczne siostry do których mówiłem ciociu.
Ja i Rysiek urodziliśmy się w tym samym roku, z tym, że on 4 miesiące wcześniej. Nazywaliśmy się braćmi, chociaż w rzeczywistości byłem jego wujkiem. Ot takie pomieszanie z poplątaniem. Do czasu wyprowadzki z rodzicami do własnego domu byliśmy ze sobą na co dzień, później w każdą niedzielę. Poranki dla dzieci w pobliskim kinie „Wyzwolenie”, wypady na Plac Litewski, wyjścia do Ogrodu Saskiego w poszukiwaniu straconego czasu, czy liczenie samochodów z trybuny pierwszomajowej na Krakowskim Przedmieściu.
To z nim poznałem polską wieś, kiedy wyjeżdżał ze swoimi rodzicami do dziadków i zabierali mnie ze sobą. Z nim wyprowadzałem krowy na łąkę pod lasem zbierając po drodze grzyby, a motor wujka Zygmunta był najwspanialszym pojazdem w który był wyposażony oddział partyzancki utworzony przez kilku miejscowych chłopaków a w którego składzie znaleźliśmy się również. Jazda Sokołem polegała na grupowym wpychaniu go pod górkę a następnie również grupowym zjeżdżaniu z górki na luzie. Prawie cały oddział mógł uczestniczyć w tych rajdach, ponieważ Sokół wyposażony był w dosyć pokaźną przyczepkę. Najważniejszą akcją naszego oddziału był wyręb młodego grabczaka w celu przeznaczenia go na dyszel do wozu drabiniastego. Akcja niestety została niedoceniona przez babcię i dziadka, którzy stwierdzili, że była nielegalna i w związku z tym mogą nam grozić represje ze strony okupanta. Na drugi dzień na szczęście już nikt o niej nie pamiętał, a my mogliśmy spokojnie zająć się wycinaniem szprych w kołach rowerowych przy pomocy siekiery, aby przerobić je na tzw. rafki, by toczyć je przy pomocy zagiętego pręta po polnej drodze. Dziadek nie tyle przejął się obręczami co siekierą, która nabrała wyglądu piłki do drzewa a straciła zdolność rozłupywania szczap drewnianych.
Jedyną rzeczą, której baliśmy się była burza z piorunami. Burzy bali się wszyscy domownicy. Chata była kryta słomą a za piorunochron służyła potężna sokora zasadzona na podwórku. Po latach dowiedziałem się, że w końcu spełniła swoje zadanie i podczas pewnej letniej burzy została rozpołowiona przez piorun na dwoje, ale dom ochroniła.

Rok 1968 był ostatnim rokiem, kiedy odwiedziłem kolonię Ludwin. Był to rok w którym skończyłem szkołę podstawową i zdałem do Technikum. Końcówka sierpnia tego roku to dwa wydarzenia. Premiera na sopockim festiwalu utworu Czerwonych Gitar – Anna Maria, oraz nocny desant na Czechosłowację wojsk Układu Warszawskiego. Liczyliśmy z Ryśkiem lecące samoloty na bezchmurnym niebie. Dopiero po kilku dniach dowiedzieliśmy się co to za samoloty i dokąd leciały.

Spotykaliśmy się coraz rzadziej. Nauka, później praca, potem własna rodzina, jakoś tak brakowało czasu. Wczoraj pożegnałem Ryśka w ciszy cmentarza przy ulicy Unickiej. Spoczął razem ze swoimi rodzicami niedaleko domu w którym mieszkał. Żył w ciszy i w ciszy odszedł. A jeszcze wczoraj był dzielnym partyzantem…

– Hary

cave-2077979_960_720

Zapach kobiety…

Dla jednych anielski, pełen rozkoszy, pożądania i tajemniczości. Dla innych jest zapachem szatana, grzechu, zniewolenia oraz rozpusty. Ci pierwsi kobiety hołubią, są gotowi nosić je na rękach, ci drudzy natomiast są gotowi zrobić z nich przedmiot, który da się z łatwością przestawiać z kąta w kąt. W tej drugiej grupie znajdują się również inne kobiety, które albo były same w swoim życiu w ten sposób traktowane, albo ich matki przeżywały gehennę poniżania.

Żyjemy w XXI wieku, w państwie europejskim o silnych tradycjach patriotycznych ale jednocześnie tolerancyjnych dla innych religii i innej kultury. Szczyciliśmy się zawsze swoim katolicyzmem, uogólniając jednocześnie pojęcie chrześcijaństwa. W ostatnim okresie „uprawomocniło” się powiedzenie, że dobry katolik to zarazem nacjonalista. Prawy Polak to katolik i zwolennik ONR, Polak sprawiedliwy łączy te dwie cechy i jednocześnie popiera działania autorytarne swojego przywódcy.

Co ma wspólnego ze sobą kobieta i ustrój autorytarny? Otóż ma bardzo wiele. W naszym przypadku, i zresztą nie tylko naszym budowane są nastroje walki z równouprawnieniem i możliwością decydowania o sobie przez same kobiety. Próbuje im się narzucić prawa i zasady, które sprowadzają je do poziomu wspomnianej przedmiotowości. Masz rodzić i tyle masz do powiedzenia, to hasło ostatnimi czasy bardzo chętnie powtarzane przez mężczyzn, szczególnie przez tych z prawej strony podwórka.

Margaret Atwood, kanadyjska pisarka napisała książkę pod polskim tytułem „Opowieści podręcznej”. Nakręcono na jej podstawie również film. Mówi o losach kobiet w państwie w którym dokonano zamachu na demokrację wykorzystując strach przed terroryzmem i imigracją, do zawieszenia konstytucji. Wprowadzono nowe prawa i nowe zasady życia społecznego opartego na religii a w szczególności fragmentach Starego Testamentu. Stworzono nową religię, wygodną dla rządzących i dającą im szczególne przywileje. Nie będę streszczał ani książki, ani filmu, chociaż szczerze zachęcam do zapoznania się z nimi. Chciałbym tylko zwrócić uwagę na to, jak łatwo jest spowodować, by światłe społeczeństwo uległo wizjom jednego człowieka, lub wąskiej grupie ludzi. Jak łatwo zrobić z kobiet maszyny do rodzenia dzieci, a reszcie obywateli wmówić, że tylko ta droga jest drogą do dobrobytu i rozwoju.

Kobieta pachnie sobą, nie tylko seksem i pożądaniem. Pachnie miłością, macierzyństwem oraz dobrem, oprócz kobiet, które usiłują z tym wszystkim walczyć. One pachną naftaliną, zleżałą bielizną i zapachem skunksa. Zapewniam, że nie jest to miły zapach…

– Hary
woman-751236_960_720

O żywocie ludzkim…

O żywocie ludzkim … Jan Kochanowski

Fraszki to wszytko, cokolwiek myślimy,
Fraszki to wszytko, cokolwiek czynimy;
Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy,
Próżno tu człowiek ma co mieć na pieczy.
Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława,
Wszytko to minie jako polna trawa;
Naśmiawszy się nam i naszym porządkom,
Wemkną nas w mieszek, jako czynią łątkom.

Temat znany od wieków, ale dzisiaj, w dobie rozwoju środków masowego przekazu znany jeszcze bardziej. W czasach Odrodzenia fraszki takie jak te napisane przez mistrza Jana, pokazywały wady i zalety współczesnego mu społeczeństwa . Dzisiaj sami bohaterowie w imię zareklamowania swojego wizerunku i swojej pobożności, stali się nie gorszymi fraszko pisarzami od Jana Kochanowskiego.
Sam wszedłem w ten okres życia, kiedy człowiek zaczyna robić dokładniejszy rachunek sumienia i w inny sposób spogląda na świat i na siebie samego niż kiedyś. Co zrobiłem źle, a co zrobiłem dobrze w czasie swojej wędrówki po ziemskich łąkach i ugorach. Dlaczego postąpiłem tak a nie inaczej i czy gdybym podjął w swoim życiu inne decyzje niż podjąłem, byłbym lepszym człowiekiem i miałbym większe grono przyjaciół?

Rozważania co niektórych mocno bogobojnych osób na tak zwanej wizji, gdzie publicznie przyznają się do swoich błędów i grzechów w czasach młodości a teraz za nie bardzo żałują jest według mnie bardzo niepoważne i wręcz nieetyczne. Posłużę się przykładem znanego profesora, który w swoim życiu dokonał setek aborcji a teraz jest zagorzałym jej przeciwnikiem. Stał się zwolennikiem klauzuli sumienia. Nawrócił się powiecie. Może się i nawrócił i zrozumiał swój grzech. W takim razie niech zrzeknie się swojej profesury a cały swój majątek odda na rzecz pomocy dzieciom niepełnosprawnym i z wadami genetycznymi, którymi ich matki nie miały siły się opiekować. Przecież zdobył go nie poprzez łapanie motyli tylko wykonując swój krwawy zawód. Wtedy dopiero zrozumiem jego intencje i uwierzę w nawrócenie.

Daleko mi do osądzania innych, chociaż to co przed chwilą napisałem jest takim osądem, ale kiedy patrzę na rozmodlone elity naszej władzy, które dla poklasku gotowe są przejść na kolanach z Warszawy do Lourdes i z powrotem, dochodzę do przekonania, że koniec tego systemu rzeczy jest już bardzo blisko. A moja postawa ma zasadnicze znaczenie dla mojej przyszłości, oraz tego co mnie czeka po przejściu na drugą stronę tęczy.

Zaczynamy być wyznawcami religii na pokaz. Modlitwa w świetle jupiterów i w obecności kamer to jest to czego widocznie niektórym z nas potrzeba. Medytowanie w ciszy i skupieniu jest niewidoczne dla innych i nie pokazuje naszego zaangażowania w życie duchowe, staje się mało istotne. Należy założyć płaszcze krzyżowców i pokazać całemu światu spacerując dookoła budynku sejmu z naszyjnikami różańca, że tutaj w kraju nad Wisłą Zły nie ma nic do powiedzenia. Że po przekroczeniu granicy przybysz wstępuje na Ziemię Świętą. Że ta pachnąca pszenicą ziemia jest Ziemia Obiecaną i że to tutaj przyszedł na świat Zbawiciel.

Żyję na ziemi gdzie bluźnierstwo staje się świętością a świętość bluźnierstwem. Gdzie tworzy się nowe religie wmawiając społeczeństwu, że wszystko jest w porządku, że jej twórcy są jedynymi godnymi aby wziąć odpowiedzialność za cały kościół. Tylko, że tak się nie da. Kto przystępuje do takiego kościoła jest tak samo winien jak ten co go tworzy.

Kiedy jesteśmy młodzi wydaje nam się, że czas się w miejscu zatrzymał. Że tacy będziemy zawsze. Piękni, zdrowi, mniej lub bardziej bogaci. Że mamy tyle czasu by się dorobić, postawić dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna. Nawet się nie obejrzymy kiedy zaiskrzy nam pierwszy siwy włos na głowie, kiedy zaczną dokuczać kolana i kiedy budzimy się bardziej zmęczeni niż wtedy gdy kładliśmy się na spoczynek. Wtedy często przychodzi refleksja… po co to wszystko było?. Po co to uganianie się za mamoną i za karierą kiedy serce chłodne. Co dały lata, które były tylko chwilą. Co zostawiamy po sobie i kto o nas będzie pamiętał.
A gdy staniemy przed Najwyższym Sędzią, spuścimy głowę słuchając wykazu naszych uczynków i naszych myśli. Kiedy Wielki Radiolog prześwietli nasze serce i okaże się że oprócz miłości do siebie nie ma w nim żadnej miłości, ani do bliźniego ani do tego, który dał nam życie. Że wielbimy jego posągi a nie Jego Samego i wierzymy w coś o czym nawet On nigdy nie słyszał. Pamiątkę Śmierci jego Syna zamieniliśmy w miesięcznice, które zaczynają mieć większe znaczenie niż jego Zmartwychwstanie. Taka ma być nasza wiara ?

Sade dis moi, Sade donne moi…

Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz… tyle po nas zostanie… Czy zatem warto?….

– Hary

Archangel

Życie jest najtwardszą ze wszystkich szkół…

Przychodzimy na świat z czystą kartą życia. Co prawda ci co wierzą w reinkarnację uważają, że rodzimy się po to, żeby dokończyć coś czego nie wykonaliśmy w poprzednim wcieleniu, lub samemu doświadczyć tego, czym doświadczaliśmy innych. Nie będę jednak pisał o tym w jaki sposób przeżywamy swoje dzieciństwo, jak dorastamy i jak idziemy przez życie. Chcę i mam taką potrzebę, aby napisać o rodzicach. O rodzicach dzieci chorych, niepełnosprawnych i tych, które już odeszły lub odejdą w niedalekiej przyszłości. Temat bardzo trudny, ale wart pochylenia się nad nim, tak jak warte jest tego całe nasze życie. Życie pełne wiary, niekoniecznie w coś lub kogoś, ale czasami wiary w siebie, tak potrzebnej do naszego istnienia.

Czym jest rodzinny dom? Dla dziecka jest bezpiecznym miejscem, gdzie nic mu nie grozi i gdzie mama i tata troszczą się o nie każdego dnia i każdej nocy. Zakładam, że wszystkie dzieci maja takie właśnie domy i w rodzicach maja opiekunów a nie demony w ludzkiej skórze.
Dla rodziców jest miejscem w którym słychać śmiech kochanej małej istoty, gdzie ta istota stawia pierwsze kroki, wypowiada pierwsze słowa i z małego brzdąca staje się młodym człowiekiem by następnie stać się pełnoletnim kawalerem lub panną. Czy taki dom jest takim samym domem, kiedy przychodzi na świat dziecko chore lub niepełnosprawne? Moim zdaniem tak. Wszędzie tam gdzie jest miłość tam jest rodzinny dom. Nawet jeżeli jest więcej trosk, czasem pojawiają się łzy i momentami przychodzą chwile zwątpienia. Wzajemna miłość rodziców i miłość do dziecka, nieważne czy jest ono chore, czy zdrowe ale jest kochane, tworzy właśnie dom rodzinny i bezpieczną enklawę dla rodziców i ich pociech. To ci rodzice są najlepszymi psychologami i pedagogami. Oni także stają się specjalistami jak radzić sobie ze stresem, przemęczeniem, czy problemami finansowymi. Ci rodzice są prawdziwymi ekspertami, nie teoretycznymi ale tymi co znają życie z autopsji. Oni wiedzą jak postępować z dzieckiem po porażeniu mózgowym, dzieckiem autystycznym, niesłyszącym czy niedowidzącym. Bo z takim żyją na co dzień i kochają je… jak gdyby nigdy nic. To właśnie oni tworzą świat dziecka, czasami zamknięty pośród czterech ścian, ale świat bezpieczny, ciepły i przytulny. Świat pełen miłości i uśmiechu, nawet jeżeli czasem jest to uśmiech przez łzy.

A co się stanie jeżeli w tym rodzinnym domu nagle zabraknie dziecka? Kiedy odejdzie na zawsze, bez względu na wiek?. Kiedy zgaśnie ta iskierka, która wnosiła tyle radości w życie rodziców? Niektórzy powiedzą, że taka jest kolej rzeczy i na każdego przyjdzie czas. Tak, to prawda… przyjdzie, ale jeżeli umierają rodzice to wydaje się być naturalną koleją rzeczy. Jeżeli przedwcześnie umrze którekolwiek z naszych partnerów, po chwilach żalu i tęsknoty godzimy się z tym, mówiąc trudno widocznie tak musiało być. Ale jeżeli żegnamy własne dziecko, to oprócz bólu jaki czujemy często obwiniamy Pana Boga za to, że je zabrał. Że nie pozwolił nam cieszyć się jego zdrowiem i życiem, które mu wcześniej sam ofiarował. Pocieszenie w stylu, że „powiększył grono aniołków” niewiele daje ulgi, nie łagodzi bólu po jego stracie a wręcz przeciwnie, potęguje pretensje do Tego, którego za nasz ból obwiniamy. A przecież to nie On prowadził pędzący samochód jadący z naprzeciwka. To nie On wyprzedzał innych w miejscu do tego niedozwolonym. To nie Jemu zabrakło wyobraźni przy nagłym wjeździe na drogę z pierwszeństwem przejazdu. Ale obwiniamy Jego, bo uważamy, że On jest za wszystko odpowiedzialny, a w szczególności za to co nas boleśnie dotyka. Często nie podziękujemy Mu nawet słowem za nasze radości, ale obwiniać za każdą tragedię i niepowodzenie potrafimy. Utrata dziecka jest ciężkim doświadczeniem dla rodziców i nie ma znaczenia, czy było zdrowe i zmarło nagle, czy śmierć nastąpiła na skutek jego choroby. Często zadajemy Bogu wtedy pytanie…dlaczego zabrałeś jego a nie mnie? Dlaczego doświadczasz mnie w taki sposób? A przecież wierzący bardzo dobrze wiedzą, że Maria równiez cierpiała patrząc na męki swojego syna i na jego śmierć. Czy ten fakt daje nam ulgę w cierpieniu? O ile tak, to nie za wielką. Inaczej przeżywamy czyjeś cierpienie a inaczej to które nas bezpośrednio spotyka.

Zbliża się Wielki Tydzień. Dla tych, którzy wierzą, że Jezus był Zbawicielem czas refleksji, czas pokory oraz czas oczekiwania. Jeżeli wierzymy w Jego śmierć jako odkupienie za nasze grzechy, dlaczego postępujemy niegodnie wykorzystując wiarę do własnych celów. Bóg nie zawahał się nawet na chwilę kiedy oddawał życie swojego Syna w zamian za życie, nas ludzi. A czy my potrafimy być mu za to wdzięczni? Tworzymy różne partie oraz ugrupowania i wykorzystujemy Słowo do szerzenia nienawiści, nietolerancji i wojen. Stawiamy pomniki Zbawicielowi, nadajemy Mu tytuły, które wieki temu dał mu Ojciec. W imię pokazania swojej pobożności bluźnimy przeciwko Niemu i wszystkiemu co święte. Co gorsza bierze w tym udział część duchowieństwa, która dla osiągnięcia swoich własnych celów zaprzedaje się Złemu i miesza ludziom w głowach. Czy któryś z kapłanów podczas homilii powiedział … nie stawiajcie Bogu pomników bo On tego sobie nie życzy? Albo nie bawcie się w koronację tego, który od samego początku został przez Ojca wywyższony? Ja nie słyszałem. To człowiek mówi człowiekowi co jest dobre a co złe. To człowiek stawia się na miejscu Boga i chce nim być. Chce decydować o ludzkich losach i ludzkim życiu. To człowiek dzieli ludzi na tych dobrych i tych złych, przy czym złymi są ci co mają inne zdanie niż on sam. I często jest tak, że to jemu wierzymy a nie Bogu. Bo człowiek jest namacalny, widzimy go i słyszymy, czasem jest w zasięgu ręki, mówi ładnie i dużo, wielbiąc go będziemy żyli lepiej, idąc z nim sami staniemy się bogami i sami będziemy mogli decydować o tym co jest dobre a co złe. I wtedy okazuje się, że bóg człowiek jest lepszy od Boga prawdziwego, którego nie widać, nie słychać i który w dodatku tylko od nas czegoś wymaga, a szczęśliwe życie obiecuje dopiero po śmierci.
Zapominamy często o tym, że nasze życie jest bardzo kruche, że kładąc się do łóżka może być to nasz ostatni sen, ostatni wieczór i noc i że ranka możemy nie doczekać.
Żyjmy w taki sposób, by nie odkładać niczego na później, szczególnie tego co może decydować o naszym życiu po życiu. Nie zaprzedawajmy się złudnym obiecankom ludzkim bogom. Jeżeli wierzymy, wierzmy w prawdę a nie kłamstwo, miłość a nie nienawiść, dobro a nie zło. Wtedy będzie nam łatwiej znieść odejścia naszych bliskich… Jeżeli oczywiście wierzymy.

– Hary

california-140113_960_720